poniedziałek, 18 lutego 2013

dzień 337.

To już kolejna Msza dla autystów - tę wyjątkowo spędzałam z wiercącym się Stasiem na kolanach. Już po drodze marudził nam o jakiejś gazecie - koniecznie rozkładającej się i szeleszczącej. Poza tymi cechami treść była mu obojętna. W kościele kręcił się, kołował przez chwilę w wymyślnym tańcu, aż w końcu padał na moje kolana, nierzadko wywołując moje stęknięcie. Oczywiście niejedna mama rozszyfrowałaby marudzenie zazwyczaj pogodnego dziecka jako zapowiedź choroby i tygodnia spędzonego w domu, ale ja w zaaferowaniu nic nie zauważyłam.
Jeszcze przed rozpoczęciem Mszy rozglądałam się po kaplicy i jednocześnie asekurowałam Stasia, robiącego mostek na moich rękach. Zastanawiałam się - jak dzisiaj będzie? kto przyjdzie? jak zareagują nasze dzieci? Było więcej osób niż ostatnio, widziałam całe rodziny: babcie, dziadków, ciocie. Znajome twarze obok osób, które pojawiły się pierwszy raz. Rodzice dzieci z autyzmem wśród parafian, zaproszonych przez księdza. To było świetne - integracja w takim normalnym, zwyczajnym znaczeniu! Nikt nie wyszedł oburzony z kościoła, nikogo nie potępiano, ani nie uciszano. Wszystkim zajmował się ksiądz, najczęściej rozbrajając różne sytuacje. Gdy Maja kręciła się przy dzwonkach, dostała od ks. Artura pozwolenie na dzwonienie na dany znak. Na Józka, który chciał mieć wyłączność w mówieniu przez mikrofon ("ja wiem, ja wiem, ja powiem") czekało zadanie sprawdzenia dat na wiszącym obrazie. Dzieci, które nie były jeszcze gotowe dołączyć do grupy stojącej wokół księdza, zmieniły zdanie na widok wielbłąda wyświetlonego na ekranie przy ołtarzu. Chętnych do odpowiadania na pytania było więcej, najgłośniej wołał Józek:
- ja wiem, ja wiem! w Afryce Zachodniej występują zwierzęta: lwy, bawoły, słonie, osły!
Na końcu lub początku wypowiedzi dodawał zwrot: "ale bądź", który uznał za wyjątkowo elegancki.
Dopuszczenie Mai do dzwonków wywołało oczywiście zazdrość Józka. Odreagował wyrywając do przodu, gdy tylko zobaczył kielich odstawiany na bok przez księdza.
- ja to zrobię, ja przykryję! - zawołał i już był przy ołtarzu.
Pobiegłam za nim, chociaż zupełnie niepotrzebnie. Za zgodą księdza przykrył kielich serwetą, tak jak to robią ministranci i odniósł go na stolik stojący obok.
Przypomniałam sobie, jak kiedyś w parafii patrzył na ministrantów - chłopaków młodszych od niego, którzy z zapałem dzwonili, nosili księgi, zapalali świece. Nieraz Józek pytał nas:
-  a kiedy ja będę mógł? Ile będę miał lat?
Teraz jest zadowolony - doczekał się.
Myliłam się myśląc, że nikt nigdy nie pozwoli autyście w ten sposób uczestniczyć we Mszy świętej.

8 komentarzy:

  1. No, no, no 100% normy

    OdpowiedzUsuń
  2. bosko miło czytać o takich kościołach i ludziach :)
    fajnie, że tak to wszystko się udało

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ale bądź...nie - tak naprawdę nie było żadnego "ale". Wychodzę z każdego spotkania zadowolona jak nigdy.

      Usuń
  3. Ufff!!!!Małgorzata:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak to dobrze że mamy w Olsztynie księdza Artura :) :W:

      Usuń