środa, 9 stycznia 2013

dzień 297.

Z Warszawy wracaliśmy rozśpiewani, choć każdy z nas myślał wyłącznie o spaniu. Czułam, że moja głowa kilka razy opada mi na szybę i nawet w takiej pozycji mogłabym przespać całą drogę, gdyby nie jasny komunikat naszego kierowcy:
 - jak mi będziecie chrapać w samochodzie, to zatrzymam się i też zasnę! Zaśpiewajcie coś i to szybko!
Cóż było robić, wygrzebaliśmy w pamięci piosenki znane nam w całości lub tylko ich refreny i rozpoczęliśmy długi recital. Do kolęd dołączali się Józek z Igorem, którzy śpiew ćwiczyli w szkole przed Świętami. W piosenkach harcerskich przodował Jasiek. Igor wyszedł z inicjatywą śpiewu solowego. Zaproponował nam muzykę elektroniczną, która zaczynała się tak:
- mmmmmmmmmmmmm...
Oklaskiwany dodał, że to muzyka z filmu o pociągach TGV.
Tylko nasz najmłodszy Staś zasnął na początku podróży, nic sobie nie robiąc z kolektywnego trudu.
Olsztyn przywitaliśmy gromkim: "płonie ognisko i szumią knieje" i tylko nieznacznie nam się plątały rymy "stanic" i "granic".
W domu zostaliśmy wyściskani przez E, której dziwnie pusty i cichy musiał wydawać się dom bez nas. W mojej ocenie powinniśmy położyć się teraz spać, tak jak to zrobił od razu Jarek, prowadzący samochód w obie strony. Chłopcy potrzebowali jednak najpierw nacieszyć się domem. Chodzili po pokojach, oglądali wszystko, tak, jak gdyby nas nie było co najmniej kilka dni, tygodni, a nie tylko dziesięć godzin. Widocznie nie da się przeliczyć tęsknoty na godziny.
Józio po odwiedzeniu każdego kąta w mieszkaniu rozpoczął przygotowania do pójścia do szkoły, w której miał się pojawić w poniedziałek.
- chcę opowiedzieć pani Dorotce, gdzie byłem - zapowiedział i przez następną godzinę ćwiczył swoją przemowę. Nawet włączył dyktafon w swoim nintendo i nagrywał swój głos. Już za pierwszym razem nie spodobało mu się to, co usłyszał. Zaczął sam i świadomie poprawiać swoje błędy językowe i nagrywał kolejne wersje zaczynające się niezmiennie od:
- pani Dorotko! Byłem w Warszawie... 
Zasnął od razu po tym, gdy udało mu się nagrać najlepszą wersję.
Chłopcy spali dwanaście godzin, co nie zdarza im się zbyt często. Dzięki temu ja mogłam spać dziesięć godzin, a to było niczym najlepszy prezent.
Już następnego dnia opowiadałyśmy sobie z Agnieszką o reakcjach naszych dzieci po powrocie do domu. Igor przedstawił jasno to, co według niego było najważniejsze w Warszawie:
- byłem tam z Jaśkiem, Józkiem i Stasiem.
- a inni, a ja? - zapytała mama, która nie odstępowała go na krok.
- z mamą jadłem frytki - odpowiedzi po zastanowieniu Igor.

3 komentarze:

  1. Gdyby nasz wycieczkowy zespół śpiewający miał wystąpić w pewnym popularnym reality show,to głównej jurorce niewątpliwie pękły by szkła w okularach od naszego "śpiewu" ;););) W każdym razie rażące braki w wokalizie nadrobiliśmy entuzjazmem i wielkim sercem i chwałam nam za to:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak to wielka potrzeba dojechania do domu przed nocą może wyzwolić talenty...

      Usuń
  2. Proponuję abyśmy od tej pory nazywali się The Józek's Band - w wersji alternatywnej The Keke's Band ;)

    OdpowiedzUsuń