wtorek, 8 stycznia 2013

dzień 296.

Oszołomieni bodźcami i pchani ciekawością biegaliśmy od wystawy do wystawy w Koperniku, zupełnie zapominając o jedzeniu i odpoczynku. Przywołał nas do porządku Józek, któremu jeszcze nigdy nie zdarzyło się opuścić pory posiłku. Bezbłędnie odnalazł bar, kierując się nosem i swoim instynktem przetrwania. Przypilnował, żeby na jego tacy pojawił się pełen zestaw dań, po czym zjadł - jak zwykle - tylko to, co było mu znane. Tak naprawdę wszyscy już potrzebowaliśmy przerwy. Godzinę wcześniej rozdzieliliśmy się: przeszłam ze Stasiem do galerii dla najmłodszych "Bzzz", a pozostali w tym czasie zwiedzili aż dwie ekspozycje: "Człowiek i środowisko" oraz "Strefę światła". Podejrzewam, że niemały udział w tym ekspresowym zwiedzaniu miał Józek - niecierpliwie popędzający wszystkich do przodu.
Przy stole siedziało nas siedmioro: trójka moich dzieci, Agnieszka z Igorem - kolegą z klasy Józka, ja z Jarkiem. Jedząc wciąż rozmawialiśmy. Próbowałam przedrzeć się z opowieścią o Stasiu, ale gdy tylko zaczynałam, ktoś mi przerywał:
- ...a Staś siedział w kalejdoskopie i widział swoje zwielokrotnione odbicie i mówił...
- a ja włożyłem rękę do anakondy i mocno mnie ścisnęła - opowiadał Jaś.
- musisz zobaczyć jeszcze lustro weneckie - dodawał Jarek.
- i pokój z krzywą podłogą. Taki, jak w filmie o Temple Grandin - znowu Jaś.
- a może zjem lody? - zastanawiał się Józek.  
-....i wtedy Staś powiedział: "tysiąc, milion, cała armia Stasiów" - dokończyłam opowieść o lustrzanych odbiciach i zgodziłam się pójść z nimi jeszcze raz do odwiedzanych przez nich galerii. Przeszliśmy obok sklepu z pamiątkami, przed którym postawiono tekturową postać mężczyzny z białą brodą z ulubionego filmu Józka: "Był sobie człowiek". Józek zawsze obawia się sytuacji, gdy postać ze znanego mu filmu nagle pojawia się w niezrozumiały dla niego sposób w naszym rzeczywistym świecie, np. na okładce książki lub - tak jak teraz - przed sklepem. Z zamkniętymi oczami i po omacku przeszedł obok pana z brodą, ale była to jedyna trudna dla niego sytuacja w Centrum Kopernik. W pozostałych miejscach dobrze się bawił. Czasem tylko niecierpliwie wpychał się przed kimś w kolejkę lub próbował przejąć urządzenie, które ktoś inny akurat obsługiwał. Upomniany ustępował, natomiast inni zwiedzający słysząc ode mnie, że Józio jest autystą, reagowali z dużym zrozumieniem, bez współczucia, tym bardziej bez agresji.
Zaszliśmy do Teatru Wysokich Napięć, w którym widzieliśmy pioruny oraz kule i rury z wyładowaniami elektrycznymi. W następnych salach, tych z krzywymi podłogami, zaczynało mi się już kręcić w głowie. Efekt potęgował Józek, który kręc zawieszonymi na ścianie kołami, na których pojawiały się przeróżne wzory i iluzje optyczne. Siedząc przed weneckim lustrem wzdrygnęłam się, gdy nagle zamiast mojego odbicia w lustrze pojawiła się twarz osoby siedzącej naprzeciw mnie. Na łóżku fakira położyłam się tak, jak inni. Tylko Igor trzymał się z daleka od tego miejsca:
- nie rób tego, Jasiu, nie kalecz się - troskliwie nachylał się nad Jaśkiem, który leżąc na łóżku podnosił się do góry na gwoździach, pojawiających się dzięki dźwigni.


Mijała już czwarta godzina naszej obecności w Centrum, w mojej głowie pojawiała się już lampka kontrolna: wystarczy! Chłopcy ciągnęli mnie za ręce: idąc do następnej sali Jaś włożył moją dłoń do jednego z otworów, tak, abym nie przegapiła możliwości dotknięcia pająka.
- mamo, przecież to nie był prawdziwy pająk - słyszałam później jego zapewnienia, gdy wielokrotnie próbowałam pozbyć się z dłoni nieprzyjemnego odczucia.
Chłopcy trochę śmiali się ze mnie, gdy sprawdzałam swoją siłę na jednym z mechanizmów. Przestali się śmiać dopiero, gdy usiadłam przy mind ballu, przy którym falami swoich myśli przesunęłam piłkę na pole przeciwnika. Podobno wygrałam, będąc wyjątkowo opanowana i zrelaksowana i takiej wersji będę się trzymać.
Zupełnie nie pamietam, czy byłam w miejscu zwanym przez moje dzieci salą sekcji zwłok, a oficjalnie - Teatrem Anatomicznym.
 

Chłopcy najwięcej o tym wcześniej opowiadali, naprawdę świetnie się tam bawili. Możliwe, że weszłam tam i od razu wyszłam, idąc prosto do windy i do szatni.
Gdy wychodziliśmy następne osoby mijały nas i ustawiały się w kolejce. Wypatrzyliśmy nawet znanego aktora, stojącego pomiędzy innymi.
Przed Centrum zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia. Tylko Staś wyglądał na wypoczętego, pozostali w oczach mieli zmęczenie i szaleństwo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz