wtorek, 19 marca 2013

dziękuję!

- jak to jest być rodzicem dziecka autystycznego? - zapytał mnie ostatnio tata małej dziewczynki, a żeby moja odpowiedź nie rozciągnęła się na 365 dni dodał: - tak w pięciu zdaniach.
Czy będzie to pięć zdań, czy dziesięć i tak wszystkie będą dotyczyć jednego tematu: samotności.
- to bardzo samotne życie - zaczęłam mówić.

poniedziałek, 18 marca 2013

dzień 365.

- nie chcę ucha, trzeba je wymienić na nowe. Stare ucho odciąć, wstawić nowe! - dla chorującego na grypę Józka medycyna współczesna nie ma granic.
Przechodzi przez infekcję wirusową dokładnie tak, jak to opisała w komentarzu mama Emila z blogu Autystyczne wybrzeże. Inaczej odbiera ból, a zmysły go oszukują. Złamana kiedyś ręka nie zrobiła na nim aż takiego wrażenia, jak teraz zatkany nos:
- puść ty nosie, puść!

niedziela, 17 marca 2013

dzień 364.

Ambicja Józka już dawno przekroczyła granice moich wyobrażeń. W swoich staraniach o to, by być najlepszym uczniem dorównuje tylko singapurskim uczniom opisywanym przez "Azję od kuchni". Odkąd przypadkiem odkrył, że jego kolega siada do prac domowych dwie godziny wcześniej od niego natychmiast zmienił godzinę odrabiania swoich lekcji. Nawet podczas grypy, która znienacka go dopadła, Józek myśli głównie o swoich wynikach w nauce. Chodzi otulony w niebieski koc i powtarza:
- zimno mi jest! zrób coś, jutro i do szkoły!

sobota, 16 marca 2013

dzień 363.

Na blacie kuchennym leżał ananas przywiązany białą nitką do szuflady ze sztucznymi pająkami. Obok, z kijem od mopa, czaił się aztecki wojownik. To tylko skrót atrakcji, które na sobotę przygotował Jasiek. Od tygodni, a może i miesięcy, planował ze szczegółami aztecką wyprawę, w której mieli uczestniczyć Józek, Staś i Igor.

piątek, 15 marca 2013

dzień 362.

Od momentu postawienia diagnozy autyzmu zostaliśmy wrzuceni w świat nieznanych nam dotąd pojęć: rewalidacja, integracja sensoryczna, sensoryzmy, spektrum zachowań autystycznych, teoria umysłu... Z czasem większość z nich poznaliśmy, choćby na tyle, żeby składnie odpowiadać na pytania terapeutów. Chociaż umysł rodzica dziecka z autyzmem wiele zniesie i wiele wchłonie, to jakoś najtrudniej było mi pojąć zaburzenia integracji sensorycznej. Wydawało mi się, że wszystko się wzajemnie wyklucza. Józek miał jednocześnie nadwrażliwość, jak i niedowrażliwość w różnych dziedzinach. Wspinał się wysoko i bez lęku, a jednocześnie na spacerze obijał się o tę samą skrzynkę z napisem "gaz". Nie chciał jeść wielu potraw - jedzenie było dla niego za śliskie i za szorstkie. Niektórych ubrań nie zakładał, inne zbyt chętnie zdejmował. O wielu innych sprawach nawet nie mamy pojęcia - możemy tylko się domyślać. Dzięki zajęciom z integracji sensorycznej niektóre problemy z odbiorem bodźców zmniejszyły się, z innymi Józek sam sobie próbuje poradzić. Odkrył, że czapka z daszkiem ogranicza ilość informacji i zbyt jaskrawe światło. Nie chroni niestety przed nieprzyjemnymi dźwiękami.. Stąd ostatnio pojawiła się myśl: mp3, czyli - jak to Józio prosto nazwał - takie coś z takimi słuchawkami. Po spotkaniu z kolegą na przystanku autobusowym Józek zdenerwował się i chciał odgrodzić się od dźwięków, którymi tamten go straszył. Takie coś z takimi słuchawkami wypróbowaliśmy następnym razem i rzeczywiście to działa. Józek już drugi dzień wsiada do autobusu ze słuchawkami na uszach i słucha jednej piosenki granej w kółko: oczywiście "Gangnam style". Być może otworzy się przed Józkiem świat pięknej muzyki, unikanej przez niego od lat. Na razie Staś podpowiada mu kolejne tytuły: zaczął od hitu "ona tańczy dla mnie". Widząc moją oburzoną minę wyjaśnił, że koleżanki z przedszkola opowiedziały mu o tej piosence. I nawet zaśpiewały, co zademonstrował od razu Staś.
Po wysłuchaniu najnowszego hitu Józek pozostał przy "Gangnam style".

czwartek, 14 marca 2013

dzień 361.

Nie wiadomo, które z moich dzieci pomazało flamastrami ścianę pod oknem. Minęły bezpowrotnie czasy, gdy mój najstarszy syn, małym dzieckiem będąc, dumnie podpisywał każde ścienne dzieło swoim imieniem... Do najnowszego bohomaza na ścianie nikt nie chce się przyznać, a typowana przeze mnie w pierwszej kolejności Ela ciągle powtarza: 
- nie ja!
Nasze ściany, jeszcze nie tak dawno świeżo pomalowane, powoli stają się polem ćwiczebnym dla dwójki młodocianych artystów. Ścigani przez rodziców, karceni za każdą nową kreskę zawsze znajdą chwilę, by niezauważenie pomazać kolejny fragment ściany.
Raz udało się Jaśkowi znaleźć sposób na Nieznanego Malarza. Gdy tylko stanął przed pomazaną ścianą - tuż za drzwiami - od razu zaczął wychwalać rysunek:
- jaka piękna kreska, a ile kolorów na tym rysunku! To dopiero niesamowite dzieło!
Do obrazu na ścianie natychmiast przyznał się Staś i był to ostatni raz, gdy dał się nabrać na nieszczere komplementy. Teraz milczy, gdy mówimy o pomazanej ścianie pod oknem.
Jeszcze trochę wytrzymamy - powtarzam sobie w myślach, bo pamiętam, że zarówno Jasiek, jak i Józek w pewnym momencie odpuszczali nieszczęsnym ścianom i przerzucali się na kartki papieru lub programy graficzne. Jasiek do tej pory rysuje kolejne komiksy w zeszytach, a Józek - następne prace w Paincie.
Dzięki Waszym namowom i komentarzom dotyczących rysunków Józka już niedługo będę mogła zaprosić Was na wystawę Józka prac. Na początku kwietnia w Zespole Placówek Edukacyjnych w Olsztynie wystawimy dziesięć prac Józia, wydrukowanych na płótnie canvas.
Wystawa będzie nosić tytuł "Warsztat myśli" i będzie pokazywać sposób, w jaki Józek porządkuje świat i napływające do niego bodźce.
Wybór dziesięciu z setki rysunków Józka nie był najłatwiejszy. Dobrze, że nie byłam w tym sama - pomagali mi znajomi, Dorotka i Adam. Bez nich wybrałabym dziesięć prawie identycznych rysunków, dotyczących ewolucji:
- wybierzmy różne prace i różne tematy: to ma być warsztat myśli Józka - powiedział Adam i tak powstał tytuł wystawy.
Do każdego z obrazów będę starała się dołączyć opis i krótką historię z tym tematem związaną. Taką na razie widzę swoją rolę. Potem - mam nadzieję - wyruszymy z obrazami w różne miejsca. O samej wystawie napiszę już na nowym blogu, którego adres podam niebawem.

środa, 13 marca 2013

dzień 360.

Nieuchronnie nadszedł czas, żeby oddać książki do biblioteki multimedialnej. Od ferii zimowych przedłużaliśmy je już kilka razy, ale nadal Józkowi trudno było się z nimi rozstać. W końcu, pod jego nieobecność, zapakowałam 15 książek do plecaka ze wzmocnionymi szelkami, podniosłam całość, stęknęłam, opuściłam plecak na podłogę, dałam sobie chwilę przerwy, jeszcze raz wykonałam próbę podniesienia plecaka i udało się! Tylko dwa razy po drodze zniosło mnie na lewo. Kiedy wypożyczaliśmy książki miałam ze sobą dwóch pomocników z torbami, dzięki czemu te straszliwe ilości mniej ważyły. Teraz cieszyłam się tylko z tego, że nie dałam się wtedy namówić na dodatkową serię pięciu książek o historii nauki i techniki, które Józek znalazł jako pierwsze. W autobusie nie zdejmowałam plecaka, bałam się, że nie założę go drugi raz. Nie usiadłam mimo wolnego miejsca - nie byłam pewna, czy wstanę i czy plecak nie pociągnie mnie w dół. Po drodze powtarzałam sobie: żadnych książek dziś nie zabieram!
Z radością wypakowywałam kolejne encyklopedie na ladę biblioteczną. Jedna z nich miała ponad 700 stron.
Oczywiście, gdy tylko znalazłam się obok regałów z książkami, zareagowałam jak każdy uzależniony - w moim przypadku dotyczy to książek. W jednej chwili tylko spacerowałam obok regałów, a już w następnej trzymałam w ręku prawdziwy rarytas: "Encyklopedię ewolucji". 
Co to była za książka! Szczegóły zachwyciłyby każdego autystę! Wykresy, tabele stratygraficzne, ilustracje...po raz pierwszy widziałam opisaną ewolucję trylobitów. Ewolucja człowieka zaczynała się dopiero na 300 stronie, wcześniej poświęcono rozdziały glonom, stawonogom, bezkręgowcom.
Sterta z książkami do wypożyczenia niespodziewanie rosła, dołożyłam jeszcze "Zanim pojawił się człowiek" i serię książek o historii nauki i techniki, na które ostatnio nie znalazłam miejsca.
Oczywiście Józek był zachwycony książkami. Wyraził tylko zdziwienie, gdy wyciągnęłam z plecaka trzy encyklopedie o nauce i technice:
- dlaczego trzy? - popatrzył na mnie z zastanowieniem.
Spomiędzy innych książek dołożyłam jeszcze jedną z tej serii:
- dlaczego cztery? - wciąż nie mógł zrozumieć Józek. Przeszukałam czeluście plecaka, który wiele dziś uniósł i znalazłam piątą z serii książek oglądanych przez Józka podczas naszej wycieczki w ferie zimowe.
- są już wszystkie! - ucieszył się i odtąd już tylko przeglądał i czytał.
Gdy zasnął, zważyłam "Encyklopedię ewolucji" na wadze kuchennej. Ponad dwa kilogramy. Uff!  

wtorek, 12 marca 2013

dzień 359.

Na moich politologicznych studiach logika była przedmiotem najczęściej oblewanym przez studentów pierwszego roku. Teraz już wiem, dlaczego tak było. Po prostu nikt nie wpadł na to, by w podręczniku do przedmiotu umieścić przykłady z życia moich dzieci, których działania i rozmowy mogłyby wiele wnieść do pogłębienia tematu.
Wszystko to wid w codziennych rozmowach z Jaśkiem:
- dlaczego tak się na mnie denerwujecie? - pyta mój najstarszy syn - przecież mówiłem, że wyniosę te śmieci! Tyle razy Wam już to mówiłem, pięć czy sześć razy, a Wy ciągle pytacie i ciągle się denerwujecie. Naprawdę Was nie rozumiem!
Logika w czystej formie, prawda? - myślę stojąc obok worków ze śmieciami leżącymi w przedpokoju.
Przykład drugi:
- mamo, czy ja mogę mleko? - pyta Józek kończąc obiad. Patrzę na jego talerz: kasza gryczana i mięso nie pasują mi do nabiału
- mleko do kaszy gryczanej?
- nie, mleko do szklanki - odpowiada cierpliwie Józek.
Logika - a jak!
Przykład trzeci:
- mamo, mamo, ćwiczę skoki niespadalne! - woła Staś skacząc z krzesła.
- a jak spadniesz?
- to będą skoki spadalne, mamo!
I może dlatego logika jest już na pierwszym roku studiów...w życiu lepiej być przygotowanym na wszystko!

poniedziałek, 11 marca 2013

dzień 358.

Jeszcze niedawno Józek plótł dla ptaków gniazdo, a ja do piwnicy odstawiałam sanki i dziecięce, ciepłe spodnie. Nagły powrót zimy zaskoczył nas tak, jak drogowców. Z piwnicy wróciły kartony z zimowymi ubraniami, a z gniazd, które dziś mijaliśmy na spacerze, sterczały przygnębiające zaspy śnieżne.
Jest nam zimno i spacery po śliskim chodniku już nas nie pociągają tak, jak na początku zimy. W domu zakopujemy się po uszy w koce i oglądamy "Kota Simona", serię krótkich animowanych filmików o kocie, zwanym przez Józka "psującym kotem".
Od początku podzieliliśmy się na dwa obozy: Jasiek, Staś, Ela i ja zaśmiewamy się przed laptopem, miaucząc razem z kotem Simona. Drugi obóz jest skromniejszy ilościowo, za to reprezentowany przez jedną z najgłośniejszych osób w naszym domu: Józka. Józek, gdy tylko usłyszy o kocie S. siada w drugim pokoju i nogami mocno przytrzymuje drzwi. Tak zabezpieczony przed dźwiękami z filmu dodaje do bajki swoje komentarze:
- to psujący kot!
- o nie! to jest paskudny i niemądry kot!
Oczywiście swoim słuchem doskonałym i tak słyszy każdy szczegół z bajki - mimo, że siedzi w drugim pokoju. Gdy kot w pogoni za muchą złapał za zasłony i rozdarł je na całej długości, Józek zza drzwi krzyczał:
- biedne zasłony, ja się go boję!
Po chwili wołał:
- nakarmi pana muchą!
- poplącze kable!
- psujący kot!
Zapomniałam o tym, że w prezencie gwiazdkowym dostałam kalendarz z kotem Simona. Józek, jak ciekawska fretka, zagląda do każdej książki w domu. Kalendarz obejrzał jeszcze w styczniu, zapamiętał wszystkie obrazki i jak zwykle nie lubi, żeby postać z książki nagle pojawiła się na ekranie laptopa:
- zabierzcie tego kota! - woła - to potwór!
- miau, Józusiu! - odpowiadamy chórem.

niedziela, 10 marca 2013

dzień 357.

- mamo! dlaczego Olinek Okrąglinek stał się trzymetrowym robotem?
- Olinek Okrąglinek stał się trzymetrowym robotem, ponieważ chciał szybko dorosnąć - odpowiadam Józkowi i widzę nagły brak zainteresowania z jego strony.
Jednak już po chwili jest znów obok mnie i rozpoczyna kolejną rozmowę - też pytaniem:
- a dlaczego te telewizory potrafią śpiewać?
- to Teletubbisie, a nie telewizory - one potrafią śpiewać, ponieważ.... - gorączkowo szukam argumentów dla roztańczonych postaci z bajki, ale Józek już wybiega z kuchni.
Kolejne pytanie dotyczyło stegozaura i już wiedziałam, że wpadłam prosto w miny Józkowych pytań, które pytaniami wcale nie są. Józek umknął, zanim zdążyłam przypomnieć sobie, czy stegozaur to ten dinozaur z płytkami przypominającymi panele solarne. 
Nie od dziś wiadomo, że Józek zna się na dinozaurach lepiej ode mnie, dlaczego zatem zadaje pytania?
Pułapki pytań są tak naprawdę tylko jego sposobem na komunikację z nami. Coraz częściej sam rozpoczyna rozmowę, a nie tylko uczestniczy w niej. Widocznie formę pytającą uznał za schemat, który pasuje do każdej rozmowy, nawet wtedy, gdy chciałby coś stwierdzić lub wyrazić zdziwienie.
- Józio, czy Ciebie zaskoczyło to, że nogi Olinka wydłużyły się do niebezpiecznej długości trzech metrów?
- tak!
- to nazwij to: - co za długie nogi!
- co za długie nogi! - powtórzył za mną Józek.
Gdy zapytałam go o stegozaura, opowiedział mi o dinozaurze, który miał dwa rzędy kostnych płyt na ciele i słabo rozwinięty mózg. I dodał jeszcze kilka zdań, ale to już sami usłyszycie:

sobota, 9 marca 2013

dzień 356.

Do spotkania z rodzicami dzieci niepełnosprawnych biorącymi udział w kampanii społecznej "na jednym wózku" pozostało jeszcze 37 dni. Józek przeliczył to już na tygodnie, a liczbę godzin oddzielających nas od wyjazdu poda mi pewnie później. Nie może doczekać się wyjazdu. Ba! nawet skakał w górę z radości, gdy usłyszał o Muzeum Ewolucji, które odwiedzimy przy okazji wyprawy do Warszawy. Wspomnienie o Muzeum było oczywiście perfidnym wabikiem z mojej strony, ale przyjemnie było patrzeć, jak słowo "ewolucja" rozwiewa jego obawy dotyczące trzygodzinnej podróży do Warszawy.
zek podskoczył z radości w górę, ale już lądując na ziemi zapytał o Igora, szkolnego kolegę. Nawet w chwilach czystej radości nie zapomniał o swojej roli instruktora kulturalno - oświatowego, popularyzującego wiedzę o muzeach. Oczywiście zadzwoniliśmy do mamy Igora i być może pojedziemy w większym, jak zawsze wesołym gronie.
- jeszcze 5 tygodni! A może w sobotę pojedziemy? - zapytał po raz kolejny Józek, dla którego problemem jest to, że spotkanie zaplanowano we wtorek. Jego ambicja i rywalizacja o to, by być najlepszym uczniem kłóci się z chęcią odwiedzenia Muzeum Ewolucji. Na razie wpadł na pomysł zabrania ze sobą podręcznika. Chce poprosić nauczycielkę, żeby zaznaczyła mu strony z pracą domową.
- odrobię lekcje w autobusie - pociesza się nasz wzorowy uczeń, który kiedyś rozpaczał, gdy w jego plecaku zabrakło książki. Zapisuję sobie w notesie z datą 16 kwietnia: zabrać lekcje Józka!  
Gdy zaglądam do notesu, Józek już siada do komputera. Musi swoim zwyczajem sprawdzić swój nowy cel. Niestety, oprócz oficjalnej strony Muzeum, w internecie jest dostępny tylko jeden film z wycieczki do Muzeum Ewolucji:
- za krótki - ocenił go Józek. Nie pokazano każdego z eksponatów osobno i pozostawiono go z wieloma pytaniami:
- czy tam będzie ewolucja od początku świata? - zastanawia się teraz Józek.
Mam taką nadzieję, że będzie. Na razie znalazłam tylko teledyski zespołu o nazwie "Muzeum Ewolucji". 
- czy to Muzeum jest wysokie?
- przekonamy się, Józiu, za 5 tygodni!
Z fundacji "Promyk słońca", która organizuje tę uroczystość, dostałam maila z propozycją, aby rodzice dzieci niepełnosprawnych opisali najpilniejsze potrzeby naszych rodzin. Powstanie dokument z propozycją racjonalnych rozwiązań, który zostanie przekazany do Kancelarii Prezydenta RP, Prezydium Sejmu, Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej.
Jeśli chcielibyście dołączyć do stworzenia takiego postulatu, to śmiało piszcie na mój adres mailowy - prześlę Wasze sprawy dalej.

piątek, 8 marca 2013

dzień 355.

W listopadzie, czyli całkiem niedawno napisałam: "marzę o wolnym dniu. (...) Pewnie przede mną jeszcze kilka lat, zanim takie marzenie uda mi się zrealizować. A jak już się spełni, to czy nie zatęsknię szybko za codziennym rozgardiaszem, za wołaniem: - mamo! i uczuciem bycia potrzebną?"
Mija kilka miesięcy, dostaję propozycję spędzenia niezwykłego Dnia Kobiet z Radiem Olsztyn i w pierwszej chwili nie zgadzam się na to!
Tak sobie teraz myślę, że może jakaś uzdolniona w kierunku psychologii osoba mogłaby mi wytłumaczyć dlaczego ja - mama pracująca od wielu lat w domu, 24 godziny na dobę, bez weekendów, urlopów, czasem bez snu  - na propozycję dnia wolnego powiedziałam:
- eee...nie...
Może to te bezsenne godziny tak na mnie wpływają, może tracę już racjonalny osąd sytuacji?
Propozycja, którą otrzymałam, była następująca: spotkanie z dziennikarką Dorotą Grzymską, nakręcenie minireportażu, który zostałby wyemitowany przed 8 marca razem z historiami innych kobiet w cyklu "Kobiety niezwykłe".
Potem - w Dniu Kobiet - miałybyśmy spotkać się i spędzić babski dzień u fryzjera, wizażystki, zjeść wspólny obiad, bawić się na koncercie...
- eee...nie...
Jakieś resztki rozumu jeszcze kołatały w mojej przemęczonej głowie, skoro zadzwoniłam w tej sprawie do znajomej. Usłyszałam odpowiednią radę, zgodziłam się na spotkanie i muszę powiedzieć, że takiego Dnia Kobiet to ja jeszcze nie miałam!
Spotkałam świetne dziewczyny - każda z nich pełna pasji i zaangażowania w swojej dziedzinie, każda aktywna społecznie.
Rozmawiałyśmy o sprawach, które mnie tak bardzo interesują - o pisaniu wniosków, o realizacji działań, o tym, jak znaleźć na wszystko czas...
Ania zrewolucjonizowała wieś Jeziorowskie, Ala uruchomiła Centrum Kultury i Aktywności we Frączkach, Basia przewodniczy stowarzyszeniu "Kobieta na plus"...
Gdy zadowolona wróciłam do domu, mój makijaż i nowa fryzura wzbudziły nie lada sensację. Nagle wszystko zaczęło przypominać współczesną wersję Czerwonego Kapturka:
- mamo, dlaczego masz takie dziwne oczy? - wyszeptał Staś.
- czy one już takie będą zawsze?
Józek popatrzył na mnie i krzyknął, zaciskając mocno oczy:
- koniec, koniec!
Cóż było robić, potrzebowałam płynu do demakijażu...
- nareszcie! - ucieszył się Staś, gdy moja twarz wróciła do znanych mu kolorów.
zek jednak tak łatwo nie przyjął mnie do stadła rodzinnego - miałam przecież nową fryzurę. Najpierw dłonią kilka razy uklepał mi włosy, potem dotknął każdego włosa z osobna...Trochę to trwało, zanim oswoił się z nowym wizerunkiem mamy.
Nie mam jeszcze zdjęć z metamorfozy, ale chętnie je później pokażę. Na razie podaję stronę z minireportażami, wśród których można usłyszeć nawet głos Józia: Radio Olsztyn
i link do filmu z naszego dnia - (widoczna jestem około 1'29)
 

czwartek, 7 marca 2013

dzień 354.

Jeszcze do niedawna upierałabym się, że "Szczęki jak żyletki", "Świnia z piekła rodem" lub "Wilk zabójca" to tytuły niskobudżetowych horrorów... A to przecież tylko najchętniej oglądane przez Józka filmy z serii "Prehistoryczne drapieżniki"... Już od tylu lat dogłębnie pozna zainteresowania Józka, że coraz szybciej rozpoznaopowieść o megalodonie - prehistorycznym rekinie pod zagadkowym tytułem "Rekin potwór". A "Tygrys szablastozębny"? To przecież machajrodon z plejstocenu, którego kąt rozwarcia żuchwy pozwalał ją otworzyć niemal do pozycji pionowej. Tyle razy dziennie Józek wspomina o tych krwiożerczych bestiach, z takim uczuciem o nich mówi, że aż się sama sobie dziwię, że jeszcze nie znam nazw wszystkich drapieżników. Mogłabym lepiej postarać się i chociaż poczytać o krótkopyskim niedźwiedziu sprzed 800 tysięcy lat, mierzącym 4 metry i ważącym dwukrotnie więcej niż znane nam współcześnie niedźwiedzie. Józio mówi o nim z naukowym spokojem. Podobnie nie wzbudza w nim przerażenia świnia, która mogłaby - w mojej ocenie - stać się bohaterką thrillerów: z jej przebiegłością i siłą, z jaką atakowała i niszczyła wszystko, co można było zjeść.
A jednak zobaczyłam ostatnio coś, co zupełnie wytrąciło Józka z jego spokojnego zdobywania wiedzy. I nie były to stada prehistorycznych hien, których zęby porównywano do żyletek.
Przypadkiem dowiedziałam się, co potrafi naprawdę przerazić Józka.
Otóż, gdy wróciłam z drobnego zabiegu chirurgicznego, na lewym ramieniu pozostały mi cztery małe szwy.
U moich dzieci wzbudziły naturalny respekt i szacunek. W ich oczach stałam się co najmniej Jackiem Sparrowem z "Piratów z Karaibów". I tylko Józek tak się przeraził, że krzyczał:
- nie pokazuj tego więcej! schowaj to, schowaj!
Odtąd trwożliwie patrzył w moją stronę i odetchnął z ulgą dopiero, gdy założyłam sweter z długimi rękawami.
- nie chcę patrzeć, nie mogę patrzeć! - powtarzał mi przy każdej okazji. Zapomniałam oczywiście o jego strachu i wieczorem przeszłam przez jego pokój, mając niewielkie szwy na wierzchu. Józek szybko pobiegł do łazienki, która niestety była zajęta:
- wpuść mnie! - walił w drewniane drzwi - muszę się ukryć!
Odtąd - straszniejsza niż prehistoryczne stwory - snuję się po mieszkaniu w ciepłych bluzach z długimi rękawami odprowadzana podejrzliwymi spojrzeniami Józka.