poniedziałek, 31 grudnia 2012

dzień 288.

Za kilka godzin mieliśmy rozpocząć Nowy Rok - chociaż u nas w domu, tak jak zawsze - nikt nie przejmował się nadchodzącymi zmianami w dacie. Coś tam tylko Staś przebąkiwał o tym, że jutro naprawdę stanie się coś nowego:
- jutro, mamo, zacznie się wiosna!
- wcale nie wiosna, tylko Nowy Rok się zacznie - 2013 rok - mówiłam, ale Staś nie wyglądał na przekonanego: za oknem deszcz zmył ostatni fragment naszego bałwana, temperatura na termometrze rosła i trochę to wszystko wyglądało tak, jakby rzeczywiście jutro pod naszym oknem miała pojawić się zielona trawa.
Jako samozwańczy animator rodzinnej imprezy sylwestrowej próbowałam pozostałych zachęcić chociażby do wspólnego wspominania roku, który za kilka godzin miał się zakończyć:
 - obejrzymy zdjęcia - wołałam niechętnych. Głośno obiecałam wszystkim słodką niespodziankę od razu po pokazie slajdów. Oczywiście smakołyki zawsze mają siłę przekonywania i tak całą rodziną zasiedliśmy do komputera. 
Jako pierwsze pojawiły zdjęcia osób z naszej rodziny, zrobione przez Jaśka.
- szybko, szybko, nie ma czasu, ja poradzę - poganiał nas Józek, naciskając na klawiaturę najmocniej, jak się dało - szybko, szybko - przerzucał zdjęcia jedno za drugim. 
Ela, chociaż najmniejsza, co chwila zasłaniała cały ekran.
Nagle wśród zdjęć Józek zauważył Muzeum Techniki, które pozostaje ciągle w sferze jego marzeń
 - AAA! - krzyknął Józek - tu chcę jechać! 
Po raz kolejny musiałam oglądać tę samą sfotografowaną przez Jaśka maszynę do pisania i pudełko po proszku waniliowym - zawsze zadaję sobie to samo pytanie: co to pudełko robi w Muzeum Techniki? Na ekranie pojawiło się popiersie kobiety:
 - Maria Skłodowska - Curie! - krzykł jeszcze raz Józek.
 - szybciej, szybciej - teraz ja zaczęłam przyspieszać pokaz zdjęć.
Ela znów zasłoniła obraz.
Poszliśmy do kuchni.
Podwieczorek sylwestrowy zjedliśmy przy zgaszonym świetle i podniesionych roletach. Czekaliśmy na pierwsze fajerwerki, które już się pojawiały, chociaż do Nowego Roku zostało jeszcze kilka godzin.
- jutro wiosna... - rozmarzył się Staś.
Nie zabrakło nas wszystkich na pokazie fajerwerków o północy. Mamy od lat swoje miejsce, idealne dla autysty z rodziną. Niezatłoczone, z widokiem na olsztyńskie niebo, obok planetarium, z dala od imprez pełnych latających petard i butelek w powietrzu.
Niektóre fajerwerki przypominały kwiaty - chryzantemy, inne znikając jeszcze na końcu migotały. Byliśmy zachwyceni, jak co roku zresztą i tylko Józek poganiał nas:
 - już obejrzałem. Koniec.
Pamiętam Lany Poniedziałek i Józka, który wybiegł z pistoletem na wodę i jego powrót po kilku minutach. Bardzo zadowolony z siebie powiedział:
 - już byłem. Koniec.
 - do domu, do domu! - zaganiał nas teraz do auta. Najtrudniej mu było przekonać do powrotu Stasia, który stwierdził, że tu jest pięknie i właśnie widział najpiękniejsze widoki i nie chce wracać.
Poczekałam, aż wszyscy zasną i dopiero zrobiłam podsumowanie tego minionego roku. To był świetny rok!

niedziela, 30 grudnia 2012

dzień 287.

O tym, jak jesteśmy postrzegani przez studentów, którzy kiedyś - być może - będą pracować z autystycznymi dziećmi i ich rodzicami, mogłam przeczytać dziś w kilku pracach, które leżą teraz przede mną. Otóż studenci z oligofrenopedagogiki Uniwersytetu Warmińsko - Mazurskiego dostali jako temat pracy zaliczeniowej opisanie na podstawie mojego blogu dziesięciu dni z życia Józia. Do wyboru był jeszcze blog o Mai lub recenzja książki "Inne, ale nie gorsze". Dzięki osobie, która wpadła na ten ciekawy pomysł, miałam okazję doświadczyć czegoś nowego. Dostałam dużo informacji zwrotnych o sobie, o tym, co piszę i o mojej rodzinie.
Studenci sumiennie odrobili swoją pracę: przeczytali uważnie moje teksty. Większość z nich zauważyła, że blog zawiera nowe dla nich informacje, chociaż znali już temat autyzmu z podręczników. Na nic zdają się suche definicje, gdy staje się twarzą w twarz z Józkiem - wiem to sama i zupełnie naturalne jest dla mnie zdanie: "dopóki nie przeczytałam blogu myślałam, że wiem już wszystko o autyzmie...".
O Józku napisali, że jest mądrym, ciekawym świata, zdyscyplinowanym chłopcem. Uroczym też, choć jednocześnie wcale go nie idealizują: potrafi być "dżentelmenem" - według jednego z określeń, ale też dyskutuje ze starszą panią o ustąpieniu mu miejsca w autobusie. Zachwycają się jego dobrą orientacją w świecie liczb i dat oraz jego rysunkami. Zauważają też inne jego cechy, które są charakterystyczne dla autystów i które mogą mu w codziennym życiu i w kontaktach z innymi przeszkadzać.
W każdej z napisanych prac wyrażana jest radość z tego, że blog istnieje  - nazywają go wsparciem dla nauczycieli oraz dla tych, którzy nauczycielami chcą w przyszłości zostać.
Według ich wpisów "historia Józka urzeka!", ale też widzą, że przebywanie z nim to praca na pełen etat, wymagająca wielu wyrzeczeń. Doceniają nasze pomysły na codzienne przebywanie z Józkiem, chociaż nie domyślają się, że wszystkie nasze pomysły rodzą się w desperacji: odpowiedzi na to, jak z Józkiem przetrwać wolny dzień raczej nie znaleźlibyśmy w żadnej z książek - nasze metody to tylko i wyłącznie próby zakończone powodzeniem lub totalną porażką.
Prawie w każdej pracy podkreślone jest zainteresowanie, jakie okazują mi czytelnicy - Wasze wsparcie i sympatia zrobiły na nich wrażenie! Pewnie, że tak - zupełnie inaczej czuję się, gdy mam za sobą cały czytelniczy tłum!
Zaliczeniowe prace miały dotyczyć dziesięciu dni z Józkiem. Tak naprawdę studenci przeczytali dużo więcej, oglądali zamieszczane przeze mnie filmy, wchodzili na listę blogów zamieszczaną obok wpisów. Jeśli zostaną kiedyś nauczycielami, to ten fakt dobrze o nich świadczy.
Dwa zdania najbardziej mnie w pracach poruszyły i zachwyciły - jedno wyrażało moje marzenie, a drugie - moją rzeczywistość:
"może Józek będzie wielkim artystą lub wynalazcą?" - zastanawiała się jedna z osób,
"widać, że mama Józka cieszy się z takiego życia, jakie ma!" - dodała kolejna.
Nic dodać, nic ująć!

sobota, 29 grudnia 2012

dzień 286.

Poranna próba wyprowadzenia się z domu, popołudniowe podpalenie kartki, późniejsze czołowe zderzenie z moją nieszczęsną głową - to tylko część wydarzeń z kolejnego dnia z moim Józkiem.
Od razu po przebudzeniu Józek zajrzał do lodówki, swoim codziennym zwyczajem szukał czegoś do zjedzenia:
- nie ma kiełbasy - nie ma jej - zjedliście! - krzyknął oskarżycielsko w stronę rodziny.
- wyprowadzę się, nie będę już tu dłużej mieszkał - ostrzegł nas, nie pierwszy już raz zresztą.
Powoli wstawaliśmy z łóżek - każdy łypał spod oka na innych - kto zjadł mu tę kiełbasę? - zastanawialiśmy się.
Z markotnym i marudzącym Józkiem tata wybrał się na zakupy. My w tym czasie oglądaliśmy bajkę o piernikowym chłopcu:
- oglądałem to rok temu - po powrocie do domu stwierdził Józek głosem nie podlegającym dyskusji i znając jego fenomenalną pamięć, mogło tak być.
- "nikt mnie nie będzie wkładał do żadnej torebki" - krzyczał z ekranu piernikowy chłopiec, który w ten sposób rozpoczął swoją pełną przygód ucieczkę. Goniony przez sprzedawczynię, zawiedzionego kupca i tłum przechodniów szukał przeróżnych środków transportu: raz znalazł się w niemowlęcym wózku, innym razem w żaglówce - zabawce. Gdy tylko zobaczył dziewczynkę z balonem, miał już nowy plan:
- "oddaj, oddaj - krzyczała dziewczynka - to mój urodzinowy prezent!... ale piernikowy chłopiec unosił się coraz wyżej i wyżej i wyżej..."
- do Słońca - zarechotał nagle Józek - tam jest bardzo gorąco. Będzie z niego kotlet - dokończył makabrycznie.
- piernik to ciastko, z ciasta kotleta nie zrobisz - sceptycznie podeszłam do jego pomysłu - może najwyżej spalić się od Słońca...
- spali się! - zawołał uszczęśliwiony czymś Józek. Pobiegł do pokoju po kartkę papieru i narysował na niej figurkę chłopca z balonem w niebezpiecznej bliskości Słońca. Potem przytknął kartkę do płomienia w kuchence i nadpalił kawałek.
- a teraz kiełbasa z jajkiem nie będzie Ci dzisiaj smakować, czy czujesz, jak tutaj śmierdzi? - zapytałam wietrząc kuchnię - dzieciom nie wolno bawić się ogniem! - przypomniałam mu zasadę.
Józek niezrażony niczym nalał wody do butelki i wrzucił do niej nadpalony papier. Całość zapakował do zamrażarki.
- chłopiec z piernika będzie zamrożony - ciągnął z wielką radością w głosie - w górze jest bardzo zimno!




Całkiem logicznie przedstawił przypuszczalne przygody chłopca z piernika, ale coś w tym wszystkim nie dawało mi spokoju. Czy ja już rok temu nie widziałam w naszym domu nadpalonego papieru i śladów wody, chaotycznie pościeranych przez dzieci? Wyglądało na to, że Józek tylko powtórzył coś, co już musiał kiedyś widzieć...
- Jasiek! - huknęłam.
Przypuszczalny winowajca - starszy brat podejrzanie unikał mojego wzroku.
- chłopcy - trzeba Was dziś przegonić na spacer, może na basen, Wy się po prostu nudzicie...
- hura! - krzyknął Józek, wyskoczył z fotela i stuknął głową w moją głowę. Zamroczyło mnie, w zębach mi dzwoniło.
Z zamkniętymi oczami, po omacku usiadłam na podłodze. Usłyszałam tylko Jarka komentującego nasze zderzenie. Józek podobno pobiegł w kierunku łóżka i padł na nie trzymając się za głowę.
Z zimnymi okładami jakoś damy radę...

piątek, 28 grudnia 2012

dzień 285.

- mamo, jeśli podasz mi ten kubek, to powiem Ci, że jesteś najlepsza! - zagadnął mnie z samego rana Staś. Cóż, łasa na pochwały, sięgnęłam po kubek, ale - swoją drogą - zastanawiam się, gdzie i kiedy mój czteroletni syn nauczył się technik motywacyjnych.
- nie chcę tych reklam, za dużo, ciągle są te reklamy - denerwował się w tym samym czasie Józek. Gdy tylko skończyły się Święta, ogarnęła go nietypowa dla niego melancholia. Właściwie co kilka minut słyszeliśmy jego rozdzierający uszy krzyk. Ostatnio coraz lepiej radził sobie z nadwrażliwością na bodźce: reklamy przed bajką zawsze sam wyłączał, szukał odprężenia w czytaniu książek i zawsze znalazł spokój w rysowaniu. Tego dnia było inaczej - sam nie potrafił się obronić przed ogarniającym go rozdrażnieniem.
Nie chcieliśmy go zostawiać z jego emocjami, ale i nam zaczynało brakować argumentów:
- Józek ciszej, nic się nie dzieje, to tylko gra.
- Józeczku, cisza, muzykę możemy wyłączyć.
- Józio - rozpaczy ty moja! stop, już stop!
Niechętnie wychodziłam z domu, ale już od dawna miałam zaplanowaną rozmowę w sprawie wystawy Józka prac. Wyszłam z teczką wypełnioną dokumentami i rysunkami, nie potrafiłam jednak dokładnie określić Józiowi czasu mojego powrotu:
- będę w domu około godziny czternastej - zapowiedziałam mało dokładnie, tak jakbym zapomniała, że z autystami lepiej umawiać się konkretnie albo wcale. Zaraz miałam tego przykład.
Równo o drugiej po południu zek stanął przed zegarem w kuchni i oznajmił swojemu tacie i rodzeństwu nowinę:
- nie będę miał już swojej mamy, musi być teraz nowa mama, tamta pojechała daleko - bardzo daleko, chyba jest w Afryce. Nie wróci i musi być teraz nowa! Tamtej już nie chcę!
Wróciłam piętnaście minut później. Józek, jak gdyby nigdy nic, rozmawiał ze mną o rekordzie 21 sekund, którego wciąż nie może pobić w grze. Dopiero od Jaśka dowiedziałam się o Józkowych planach zamiany mnie na inną mamę. Posadziłam mojego rozdrażnionego syna przed sobą, opowiedziałam mu o tym, że rozmawiałam dziś o wystawieniu jego rysunków. Chciałabym, żeby zostały powiększone. Opowiadałam o tym, że staniemy razem przed jego obrazami i będziemy patrzeć na wszystkie szczegóły świata dinozaurów i wynalazków.
- chciałabym, żeby to było w kwietniu - dokończyłam moją opowieść.
- w kwietniu 2013 roku? - dopytał się Józio - to bardzo długo! - dodał na dowód tego, że nic tego dnia nie mogło go ucieszyć.

czwartek, 27 grudnia 2012

dzień 284.

Najbardziej uroczystym strojem według Józka jest alba komunijna. Ta długa do kostek biała szata jest przez niego zawsze określana hasłem: "piękne ubranie!". W albie postanowił pójść do kościoła święcić pokarmy wielkanocne. W dzień Pierwszej Komunii św. już od godziny szóstej rano próbował założyć białą szatę. Mimo moich obaw nie przewrócił się, nie porwał długiej alby i z żalem odwiesiliśmy ją do szafy. Niespodziewanie rola anioła w jasełkach klasowych dała mu możliwość jeszcze raz założenia pięknego ubrania. Postać anioła wymaga jednak dodatkowych dekoracji. Skrzydła już były, ale za mało widocznie podkreślały obraz anielskości. Józek poprosił o coś na głowę i złotą harfę do ręki. Na Facebooku zamieściłam ogłoszenie: 
- "szukam aureoli...może być używana...chodzi oczywiście o strój dla Józka na jasełka. Zgodnie ze swoją prezencją i niewinnym spojrzeniem otrzymał rolę anioła. Białą szatę już ma, tekst wyuczony, ale wczoraj zażyczył sobie aureoli i harfy. Z harfy zrezygnujemy, ale coś na głowę by się przydało...a ja mam dwie lewe ręce i naprawdę z kawałka drutu i srebrnego łańcucha nie umiem zrobić czegoś, co by nie uwierało anioła w głowę."
Oczywiście moje koleżanki od razu ruszyły mi z z pomocą. Jedna chciała się podzielić kosą z przebrania Śmierci, druga odpowiedziała, że chętnie pożyczyłaby, ale jeszcze się nie dorobiła swojej aureoli. Kolejna doradziła mi krok po kroku, jak najprościej wykonać aureolę. Obdarzona tym samym poczuciem humoru, śmiałam się głośno, czytając ich komentarze, ale gdy odezwała się Dominika z księgarni za rogiem, posiadaczka białej puszystej aureoli na plastikowej delikatnej opasce, od razu popędziłam do niej.
Następnego dnia okazało się, że Staś też będzie aniołem na jasełkach, tego samego dnia, co Józek, na szczęście o innej godzinie. Strój już mieliśmy, czułam, że jesteśmy przygotowani do tegorocznych występów.
Najważniejsze to nie spóźnić się na jasełka do Józka klasy - chłopcy dobrze znają się na zegarku i niepokoją się każdą minutą przedłużającej się nieobecności rodzica.
Występ chłopców, jak co roku, był fantastyczny. Każdy z nich miał swój popis taneczny i rolę. Podporządkowywali się kolejności układów tanecznych, tylko czasami machali w stronę publiczności, przypominając nam o robieniu im zdjęć.
Józek po swoim występie długo bił sam sobie brawa.
Oklaskiwaliśmy ich mocno, wszyscy myśleliśmy o tym, że to nasze ostatnie jasełka w tym składzie.
Naprawdę nie należy spóźniać się na przedstawienia dziecięce - konsekwencje tego dał mi po południu odczuć Staś. 
Tego dnia było jeszcze dużo śniegu. Wyszłam dość wcześnie na przystanek, bo widziałam już kilka razy autobusy, które nie mogły podjechać pod górę. Gdy dotarłam na przystanek zobaczyłam dwa autobusy tuż po zderzeniu. Nic nikomu się nie stało, ale na dłuższy czas zatarasowano drogę. W końcu podjechał autobus, do którego próbował się upchnąć powiększający się tłum. 
- jeszcze zdążę - powtarzałam sobie do czasu, gdy mój autobus zatrzymał się nagle z otwartymi drzwiami. Zalegający przy wejściu śnieg wymagał oczyszczenia i w tym momencie przestałam się łudzić.
- Staś to wszystko zrozumie, jak już mu opowiem - pocieszyłam się. Wpadłam do sali, gdy przedstawienie już trwało, byłam spóźniona tylko trzy minuty.
- jest moja mama! nareszcie przyszła - poinformował Staś wszystkich gromadzonych przedszkolnych rodziców. Tańczył z innymi aniołami w kółeczku.
- mamo! mamo! - widzisz mnie? - zawołał, tańcząc w drugą stronę. Kiwałam energicznie głową, jednocześnie kazałam mu być ciszej.
- mamo! teraz już skończyliśmy tańczyć - poinformował mnie i innych. Nie był to sceniczny szept.
- mamo! a wiesz, jak ta dziewczynka przebrana za Maryję się nazywa? - znów ze sceny rozległ się głos mojego syna.
Syknęłam na niego już po raz kolejny, tupnęłam nogą, pokazałam gest zamykający usta. Nic to nie pomogło.
- mamo, zrób mi zdjęcie - teraz ja będę mówił! - zawołał niezrażony niczym Staś.
Aparat fotograficzny woziłam ze sobą cały dzień, od porannych jasełek u Józka. Wyłączyłam lampę błyskową - nie lubię, jak błysk z lampy wywołuje popłoch wśród występujących. Bateria aparatu była rozładowana - zgasł od razu po włączeniu. Spróbowałam jeszcze raz, nie pamiętając o tym, że moje poprzednie ustawienia przepadły. Lampą błysnęłam w stronę dzieci, odruchowo zamknęły oczy. Nawet kilkoro rodziców wzdrygnęło się.
- to moja mama! - zawołał Staś.
Kiedy pani zapowiedziała niespodziankę, która przygotowały dzieci, Staś po raz ostatni przerywał szyk przedstawienia:
- to będą te słodkie reniferki, o których Ci opowiadałem!
Gdy wracaliśmy razem z przedszkola, ze skrzydłami, aureolą i reniferkami, powiedział:
- idź mamo za mną, po moich śladach, na pewno się nie zgubisz, ja Cię zaprowadzę na przystanek.
- jaki on jest słodki! - powiedziała przechodząca nieznajoma osoba - musi to pani sobie zapisać, tak fajnie to powiedział!
- zapiszę - odpowiedziałam - na pewno zapiszę!

środa, 26 grudnia 2012

dzień 283.

- Nareszcie mo się głośno zachowywać - ucieszył się Staś, gdy tylko wyszliśmy z kościoła. Nawet krzyknął sobie kilka razy z tej radości. Pozostali moi chłopcy też krzyczeli, gdy tylko zobaczyli McDonald's w sąsiedztwie kościoła - na szczęście dla nas restauracja ich marzeń była nieczynna w Święta.
Do mało znanego naszym dzieciom kościoła, obok dworca, pojechaliśmy zachęceni opiniami o ciekawej szopce, wystawionej w kaplicy. Mobilizował nas Staś powtarzający:
- bardzo chciałbym obejrzeć szopę!
- chyba szopkę - poprawialiśmy go bezskutecznie, aż w końcu zabraliśmy całą rodzinę na wycieczkę.
Szopka była niezwykła. Na pagórkowatym terenie stały podświetlone drewniane domki. Z góry spływał strumyk, tworzący wodospad. Koła młyńskie obracały się, a pracujący rzemieślnicy piłowali i stukali. 
- jak to się wszystko obraca? gdzie jest to coś, co wszystkimi porusza? - Staś zadał pytanie, znane już od wieków wszystkim filozofom.
Józio delikatnie dotknął ręką wody, chcąc sprawdzić, czy jest prawdziwa, potem podłożył palec pod piłę jednej z pracujących figurek.
- kto to jest? - zaciekawiły go figurki ludzi.
- to jest...kowal szlifujący narzędzia i stolarz...piłujący...coś - powiedziałam po dłuższym zastanowieniu. Kowal okazał się być młynarzem mielącym ręcznie mąkę na żarnach, a stolarz  - dla równowagi - kowalem - ale każdy może się pomylić, prawda?.... Potem bystre oko Józka wyłowiło zaburzone proporcje pomiędzy niektórymi zwierzętami a figurkami ludźmi.
- to olbrzym - wskazał na piłującego człowieka stojącego obok malusieńkich owieczek, ledwo sięgających jego butów.
Szopka była zachwycająca, a mimo to Staś coraz bardziej markotniał:
 - chodźmy już, ja chciałem zobaczyć szopę, a nie szopkę - uściślił.
W domu jeszcze przed wyjściem zobaczam po raz pierwszy Józka próbującego nas oszukać. Było to tak komiczne, jak tylko mogło być w przypadku niewinnego i logicznego autysty.
Nie chciałam, żeby zabierał ze sobą do samochodu nintenda - swojej ulubionej konsoli. Jako pierwszy ubrał się i stanął obok drzwi, krztusząc się od tłumionego śmiechu. Chichotał coraz głośniej i zaczął tym samym zwracać moją uwagę. Zauważyłam, że kurczowo coś ściskał pod kurtką:
- no co Ty tam schowałeś? - zapytałam w końcu,
- nintendo! - odparł bardzo z siebie zadowolony: prawie udało mu się nas wykiwać!
Tego dnia oglądał "Jaskiniowców" - bajkę filmową przerobioną z kreskówki o Flintstones.
Józek, który nazwy wszystkich jaskiniowców ma w małym palcu - tutaj nie mógł się zorientować, kim oni są:
- czy to człowiek z Cro-Magnon? a może neandertalczyk?   czy to homo sapiens ery paleolitycznej? - rozważał głośno.
Na ekranie jaskiniowcy zgodnie z fanaberią scenarzysty przebrali się w stroje galowe i polecieli na swoich dinozaurach do Rock Vegas, aby pograć w kasynach. Ludzie pokazywani obok dinozaurów - takiej bzdury Józek już nie mógł znieść.

wtorek, 25 grudnia 2012

dzień 282.

Widok wigilijnych potraw wzbudził wiele emocji u moich dzieci. Dopiero po zjedzeniu tostów z serem, przygotowanych przez nich w tajemnicy, dołączyli do rodzinnego stołu.
- prezenty? - zapytał Józek, a pozostali kiwali zgodnie głowami.
Wymyśliliśmy w tym roku pewne utrudnienie: prezenty oczywiście będą, ale najpierw my chcielibyśmy usłyszeć wiersze świąteczne i kolędy.
Józek jako pierwszy wystąpił ze swoim wierszem z jasełek:
- "mój dobry Boże  - biada nam biada,
z piekła agentem zacząłem gadać, 
zakład zawarłem, nie wiem, co teraz 
siły anielskie muszę pozbierać!"
Zadowolony z siebie, nagrodzony oklaskami usiadł czekając na chłopaków.
Jaś ze Stasiem opracowywali w drugim pokoju wspólny występ. Zaśpiewali kolędę, a nawet dwie kolędy - jeśli ktoś się dobrze wsłuchał: w połowie jednej zwrotki pomylili słowa i gładko przeszli do następnej, znanej im kolędy. 
Szelest papierów i paczek od razu budzi wspomnienia - ja też kiedyś, tak jak oni, czekałam na prezenty i przełykając ostatnie kęsy pierogów odwracałam się w stronę choinki i leżących pod nią prezentów. Teraz, gdy oni rozpakowywali paczki, postawiłam na stole jeszcze jedną niespodziankę: zamówiony u koleżanki domek z piernika. Kolorowe szybki, otwierane drzwi, dużo białego lukru od razu przyciągnęły smakoszy. Przez uchylone drzwi domku zaglądaliśmy do środka i wypatrzyliśmy prostokątne kształty:
-  może meble? - zastanawiał się Jasiek. Coraz bardziej ciekawi zdjęliśmy dach. W środku były życzenia dla nas wszystkich, małe prezenty z piernika i piernikowa choinka. Paczuszki przechwyciła Ela i obdarowywała nas nimi przez resztę wieczoru.

zdjęcie Magda Nowakowska

Zdecydowaliśmy się jeszcze na sanki z dziećmi. Jeszcze nie wiedzieliśmy, że następnego dnia temperatura wzrośnie, śnieg stopnieje, a z naszego bałwana zostanie tylko jedna smętna kula.
Przed nami była jeszcze dziecięca pasterka i jedno z najlepszych spotkań ze Św. Mikołajem, ubranym w biskupie szaty. Św. Mikołaj opowiadał o sobie, o niebie i o tym, co kiedyś na Ziemi robił. Potem pytał dzieci, co znalazły pod choinką:
- telefon komórkowy - jeden z maluchów szybko odpowiedział, trochę sepleniąc.
- tablet - pochwalił się inny, niewiele większy. 
- co? tabletkę? - udawał, że nie rozumie nasz znajomy ksiądz w szatach Mikołaja.
- x-boxa! - ktoś zawołał.
- ...w jakimś dziwnym, obcym języku do mnie mówicie!- poskarżył się Święty Mikołaj.
- ja dostałam telewizor! - jedna z dziewczynek podeszła do Mikołaja, a wśród rodziców zapadła cisza.
- taki mały, telewizor - zabawkę, dla lalek? - upewnił się Mikołaj.
- nie, no taki duży, normalny - odpowiedziała stanowczo dziewczynka.
Trochę chichotaliśmy, niektórzy nerwowo.
- ja - Monster High! - następna dziewczynka cieszyła się z prezentu.
- ja też!
- i ja!
Ksiądz wzdrygnął się, ja też - na samo wspomnienie lalek Monster High, które widziałam na reklamach. Przeraźliwie drogie lalki dla małych dziewczynek zostały wystylizowane na potwory znane z horrorów: Dracula z wystającymi zębami wampira, Frankenstein. Do tego anorektyczne, chude kolanka i kabaretki na nogach. Brrr!
- hmmm... nie wiem dokładnie, o czym mówicie, my w niebie takich rzeczy nie mamy i nawet o nich nie słyszeliśmy! - ciągnął dalej ksiądz, który już nie pierwsze takie spotkanie animował i nie takie już rzeczy słyszał - ale za to dużo się śmiejemy, dobrze się bawimy i śpiewamy!
cdn.