sobota, 27 października 2012

dzień 223.

Im bliżej było naszego sobotniego wyjazdu, tym Józek był bardziej zaniepokojony. Odwiedziny grobów rodzinnych, postawienie zniczy i wyprawa samochodem - to jeszcze mógł zrozumieć, zwłaszcza, że wakacyjne wyjazdy obudziły w nim chęć podróżowania. Lęk budził w nim pomysł spędzenia nocy poza domem. Nie brał udziału w naszych rozmowach na temat wyjazdu. Gdy pytał mnie o odległości innych miejscowości od naszego miasta starannie omijał temat sobotniej podróży i kilometrów, które mieliśmy przejechać.
W sobotę do ostatniej chwili przed naszym wyjazdem siedział przed komputerem i oglądał film "Był sobie człowiek":
- Wiosna Ludów rok 1848 - powtarzał za lektorem.
- wiosna lodów - rozmarzył się Staś, spakowany i gotowy do wyjścia.
Gdy Józio zobaczył nas - stojących przed drzwiami mieszkania - zdecydował się na ostateczną rozmowę:
- nie będę tam spam! to jest mój dom!
Przypomniałam mu, że zaplanował w następne wakacje wyjazd do Bałtowa, a znajdujący się tam park dinozaurów jest oddalony od nas o 393 kilometry. W Bałtowie będziemy zmuszeni spać, bo nie zdążymy wrócić do domu w ciągu jednego dnia. Teraz pojedziemy do naszej rodziny uczyć się spania poza domem. 
- no dobra! - niechętnie zgodził się ze mną. Zaczął szykować się do wyjścia, ale myślami był gdzieś indziej. Może nawet w Bałtowie? Nawet kilka razy przeszedł obok swoich butów, nie mogąc ich znaleźć. Minę miał bardzo nieszczęśliwą.
Gdy wyglądał przez okno, myślał, że może jednak jedziemy do jednego z parków z dinozaurami.
Gdy zatrzymaliśmy się na postoju, wciąż niedaleko naszego domu, zastanawiał się, czy jednak nie zmieniliśmy zdania i nie wracamy do domu. Wracać nie zamierzaliśmy, natomiast dla spokojnej jazdy musieliśmy niektóre z naszych dzieci przesadzić, aby nie siedziały zbyt blisko siebie.
Czasem widzieliśmy na łąkach niewielkie śniegowe zaspy. Przypomniały mi się wcześniejsze prognozy dotyczące piątkowego ochłodzenia i opadów. Chłopcy poprzedniego dnia przed wyjazdem, od szóstej rano siedzieli przed oknem i czekali na śnieg, który rzeczywiście nagle zaczął sypać. Starczyło go zaledwie na kilka kulek. Staś nawet jedną z ulepionych śniegowych kul przyniósł do domu i zostawił w misce, żeby z nią spać w nocy. Kulka w ciągu dnia roztopiła się, w misce oprócz wody pływały kawałki zielonej farby z ławki. Dzięki temu zyskaliśmy jeszcze jeden argument dla naszych chłopców, potwierdzający, że naprawdę nie warto jeść śniegu. W ciągu dnia w mieście śnieg zniknął, ale w drodze na cmentarz, następnego dnia, mijaliśmy gdzieniegdzie pozostałe w cieniu białe zaspy. Nie spodziewaliśmy się natomiast, że szybko spełni się marzenie chłopców, śnieg porządnie sypnie i w niedzielę będziemy lepić bałwana.
Każde mijane miasto sprawdzaliśmy w kolorowym atlasie, aż w końcu w jednym z nich Józek powiedział:
- pamiętam to! byłem tu, byłem małym dzieckiem.
I od tej pory znacznie rozluźnił się. Rozpoznawał każde kolejne miejsce. Rzeczywiście przejeżdżaliśmy tędy któregoś roku, też jesienią, w drodze na ten sam wiejski cmentarz. Zatrzymaliśmy się dokładnie przed tym samym sklepem, co teraz. Pamiętam, że było nam trudno podróżując wtedy z Józkiem, ale wspomnienia o tamtej drodze sprzed lat ułatwiły nam teraźniejszą wyprawę.
Józio nawet zaczął rozmawiać z nami:
- czy krowy mają skóry?
- czy mają mięso?
- a niech to biała krowa! - odparł na to Staś, który opracowuje teraz kilka takich zwrotów.
Mijaliśmy piękne jeziora, posezonowe turystyczne miejscowości, z żaglówkami i jachtami przycumowanymi do pomostów. Co jakiś czas widzieliśmy puste bocianie gniazda. Podczas naszego ostatniego wyjazdu, latem, w każdym mijanym gnieździe siedział bocian. 
- one odeszły, nie ma ich - powiedział Józek.
- one odleciały...- zaczął Jaś
-...do ciepłych krajów, a potem wrócą - dokończyłam.
Pomyślałam, że za rok, jesienią, Staś powtórzy za nami to samo o odlocie bocianów, a może nawet Ela włączy się w rozmowę?
Widzieliśmy budowaną drogę z koparkami, walcami i innymi maszynami, które wciąż pamiętam z książeczek czytanych kiedyś Jaśkowi.
Widzieliśmy trawę rozwijaną z rolek i przybijaną małymi kołeczkami na poboczu nowej drogi. 
Czuliśmy zapach obornika, aż ksztusiliśmy się przejeżdżając obok jednego z gospodarstw.
Mieliśmy jeszcze jeden przymusowy przystanek ("pamiętam to, byłem tu!"). To, jak posadziliśmy nasze dzieci, nie pomogło na długo. Zapędy wojownicze nasiliły się. Dzięki kolejnej przesiadce, już ostatniej, z uwzględnieniem cech charakteru i najnowszych zatargów - bez większych problemów dojechaliśmy na miejsce.
Gdy wyszliśmy z auta zaczął niespodziewanie padać śnieg i wiać silny wiatr.
Ciąg dalszy w następnym poście, a w nim o tym, czy na wiejskim małym cmentarzu został pochowany Mikołaj Kopernik i do czego służy motyka staruszkom na cmentarzach. 

5 komentarzy:

  1. Podroż w czasie :-) mam nadzieję, że nie było ciężko, byliście wszyscy dzielni- dobrej nocy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam,spełnimy marzenia Stasia i zrobimy Wiosnę Lodów 2013 -jak tylko przyjdzie ta pora roku :)))-co ty na to?
      Zobacz jaką wspaniałą pamięć mają nasze dzieci,niby nie zwracają uwagi,a jednak zapamiętują-Józka pamiętam to,byłem małym dzieckiem-jakże to było dawno,przecież teraz jest już "dużym" kawalerem i pamięta:))

      Usuń
    2. Pozdrawiam :W:
      ps.to podpis do poprzedniego linku

      Usuń
    3. to tylko dzieci potrafią marzyć o lodach, gdy tak zimno, ale wiosną koniecznie!
      Józka pamięć - wspaniała i wiesz nagle te wszystkie wyjazdy, takie trudne dla nas nabierają sensu, bo on to jednak wszystko pamięta.

      Usuń