sobota, 15 września 2012

dzień 181.

Jak zawsze logiczny - pomyślałam dziś o Józku - dopiero co nauczył się nazw państw sąsiadujących z Polską, a już odpowiednio potrafi je zastosować!
- Litwa!? Czy my czasem nie jesteśmy w Litwie? To za daleko! - usłyszałam dziś od niego na wiejskiej drodze.
Właściwie od Litwy dzieliło nas około 390 kilometrów, w planach tej soboty mieliśmy jedynie festyn w miejscowości pod Olsztynem - w Marcinkowie, jednak każde nowe miejsce wywołuje u Józka niepewność. Jeszcze w samochodzie na mapie mierzyliśmy odległość od domu, rozmawialiśmy o celach wyprawy: o spotkaniu ze szkolnym kolegą Krzysiem i o festynie. Początkowo wszystko wskazywało na to, że tym razem udało nam się oswoić Józka lęk. Podczas drogi obliczał odległości, porównywał je z tymi miejscowościami, które już znał. Był spokojny. Marcinkowo znajduje się zaledwie 17 kilometrów od Olsztyna, ale Józek jechał tam po raz pierwszy. Pewnie dlatego, gdy tylko wysiedliśmy z auta i poszliśmy na spacer lęk powrócił. Józio stracił poczucie tego, gdzie teraz jest. Mapa została w samochodzie, zresztą na niej nie znalazłby szczegółów wiejskiej drogi.
Wtedy właśnie usłyszałam od niego:
- czy to już Litwa? Krzyś na pewno mieszka daleko, w Litwie.
Mógł zapytać o każdy kraj: Zambia, Francja, a jednak jego logika kolejny raz zwyciężyła. Nawet jeśli kierowany niepokojem uważał, że przekroczyliśmy już dawno granicę, to jednak trzymał się faktów geograficznych i najpierw wymienił kraj sąsiedni.
- czy mówisz po polsku? - zamiast przywitania zapytał mamę Krzysia. Naprawdę ucieszył się, gdy okazało się, że może z nią rozmawiać w rodzimym języku. Chyba powoli obraz Litwy zacierał się i został zastąpiony nazwą: Marcinkowo.
Festyn rozpoczęliśmy oceną wszystkich atrakcji pod kątem Józka. Konie, straż pożarna, trampolina i strzelanie - właściwie każda z tych rzeczy mogła go zainteresować. Chłopaków przyciągnęła od razu rozłożona broń i Józek po raz pierwszy strzelał do tarczy. Dwa strzały i dwa trafienia w to samo miejsce: w mały kwadrat z cyfrą 5 znajdujący się pod tarczą.




Jarek wziął udział w konkursie strzeleckim i przez całą konkurencję był przez wszystkich poklepywany i wychwalany, bo nikt nie mógł go pokonać. Dopiero ostatnia osoba zwyciężyła go ilością punktów... Zajął drugie miejsce, co nas bardzo ucieszyło. 
Chłopcy jeździli na koniach. Uwielbiam - wołał Staś w swoim stylu: jedynym, nieporównywalnym do nikogo. Ostatnio, gdy wyszłam z nim na podwórko wiał zimny wiatr i jednocześnie świeciło słońce. Staś popatrzył w niebo i powiedział radośnie:
- lubię taką pogodę: jest i ciepło i zimno! Hura!

Józek zwabiony zapachami krążył wokół cateringu. Myślałam, że nie zje wybranej przez siebie grillowanej karkówki. Na festynie jednak inaczej wszystko smakuje, talerz był pusty po kilku minutach.   
Nie spróbował za to cukierków rozdawanych przez panią w kostiumie żółtego ptaka z ulicy Sezamkowej. Trochę niepokoił go ten strój, co wyrażał w stanowczych odmowach: 
- nie, dziękuję bardzo.
- czy ta pani jest przebrana za muppeta?  - zapytał mnie głośno.
Pani próbując nawiązać z nim kontakt, zagadnęła go:
 - a wiesz za kogo jestem przebrana?
Józek oddalił się czym prędzej, zostawiając panią bez odpowiedzi.
Czasem Józek pytał o Krzysia, ale już na początku dowiedzieliśmy się, że jego kolegi jednak nie będzie. Podczas odwiedzin u dziadka Krzyś - też autysta - usiadł na traktorze i nie chciał już z niego zejść. Też kiedyś próbowałam ściągnąć Józka z wózka widłowego, więc wiedziałam, że z Krzysiem zobaczymy się dopiero w poniedziałek, już w szkole.
Pod koniec festynu, trochę zmoknięci ogrzewaliśmy się przy ognisku. Siadaliśmy na kostkach powiązanej słomy. Staś - typowe dziecko z miasta - bał się usiąść na czymś nieznanym. Zapraszał mnie:
- mamusiu, usiądź tutaj...
a gdy skuszona miękkością i zmęczona siadałam, szybko wskakiwał mi na kolana.
Józek czasem coś dokładał do ognia, naśladując inne dzieci. Zabawę zaburzyła mu puszczona przez głośniki muzyka z bajki o Teletubbisiach - szybko zatkał uszy i chciał po omacku uciekać z festynu, ale ktoś nagle przełączył piosenkę. Józio otrząsnął się, jak po zimnym prysznicu i za chwilę znów chodził z gałęziami w kierunku ognia.
Jeszcze przed nami był pokaz gaszenia ognia przez straż pożarną i niespodziewana tęcza.




Pożegnaliśmy się z mamą Krzysia - organizatorką imprezy  - z obietnicą, że następnym razem też przyjedziemy. Bez tłumu ludzi, bez hałasu, a za to z przestrzenią i cateringiem - miejsce przyjazne mojemu Józkowi. Wyjazd był pod każdym względem udany: po kilku godzinach na zimnym i świeżym powietrzu zniknął zupełnie katar Eli, który męczył ją od kilku dni.

3 komentarze:

  1. Józio przebił tatę w strzelaniu "na skupienie":)))Małgorzata

    OdpowiedzUsuń
  2. Staś ,uosobienie sympatii i miłości do wszystkich wynalazków Stwórcy,nie uwielbia słomy???!!! ;D;D;D

    OdpowiedzUsuń
  3. Staś ma rację. Najlepsza jest pogoda gdy jest i ciepło i zimno czyli w sam raz :)

    OdpowiedzUsuń