czwartek, 23 sierpnia 2012

dzień 157.

Kiedyś podczas mycia naczyń zobaczyłam słonia. Szedł spokojnie środkiem ulicy, nie pilnowany przez nikogo. Przyznam szczerze, przestraszyłam się nie na żarty. Żaden słoń w moim mieście nie mieszkał i do tej pory nie spacerował ulicami. A może to przywidzenie? Spanikowałam i przeraźliwym głosem zawołałam męża. Po chwili już razem patrzyliśmy na duże zwierzę wędrujące w stronę skrzyżowania. Przestałam się bać dopiero, gdy pojawili się treserzy z reklamą cyrku, który właśnie przyjechał do miasta.
Gdy Józio powiedział mi miesiąc temu, że widział słonia, odruchowo wyjrzałam przez okno. Józio mówił jednak o innym słoniu i o innym wydarzeniu. Przypomniał sobie o naszym pobycie w zoo w Gdańsku Oliwie pięć lat temu. Nigdy o tym wcześniej nie wspominał.

Do Gdańska jeździliśmy wtedy często, co trzy miesiące mieliśmy wyznaczoną wizytę w Poradni dla Osób z Autyzmem. Dopiero na ostatniej wizycie, po roku,  otrzymaliśmy potwierdzoną na piśmie diagnozę autyzmu u Józka. Czy właśnie wtedy, po ostatnim spotkaniu, byliśmy w zoo? Nie pamiętam, wszystkie wizyty wyglądały podobnie. Z tamtego okresu jedynie uczucie strachu o Józka utkwiło mi w pamięci. Autyzm przerażał mnie. Co dalej będzie z Józkiem, jakie terapie będą mu potrzebne, a może dieta, a może suplementy, a może...?  
Będąc w Gdańsku nie zwiedzaliśmy zbyt dużo. Czteroletni wtedy Józek wchodząc do pomieszczeń krzyczał przeraźliwie, kręcił się w kółko, zatykał uszy. Wszyscy patrzyli na nas zamiast na eksponaty, wychodziliśmy jeszcze szybciej niż wchodziliśmy. Nawet przed osiedlowym sklepem w Gdańsku Wrzeszczu - przed poradnią - brałam głęboki oddech, zanim weszłam. Tylko zoo nam pozostało. Oceniliśmy, że trzymając Józka za rękę w obawie przed jego ucieczką i wdrapywaniem się na klatki damy radę. 


Nie wszystko mogliśmy przewidzieć. Gdy Józek pił wodę z butelki kilka kropel spadło na jego koszulkę. Józio zerwał ją szybko i zaczął krzyczeć. Wtedy jeszcze nie woziliśmy ze sobą zapasowych ubrań, uczyliśmy się - czym jest autyzm - właśnie po takich sytuacjach. Na szczęście mieliśmy ze sobą Jaśka. Sześcioletni wtedy Jaś oddał mu swoją koszulkę.


Józek nie mógł zrozumieć, jak można chodzić bez koszulki, co chwila próbował ubrać Jaśka w swoją mokrą, malutką koszulkę i mówił na niego: "bie-bie". Czyli to Jaś był biedny...
Niedźwiedź zanurzony w wodzie też był "bie-bie". Oceniliśmy, że Józio obawiał się jego utonięcia. Zachowały nam się dwa krótkie filmy nagrane wtedy przez moją siostrę. 
Oto Józio i niedźwiedź sprzed wielu lat:

video

I jeszcze lamy, koszulka i teletubiś zawsze mocno obecny w naszym życiu.

video

Chwile spokoju naszej wtedy czteroosobowej rodziny:


Staś, który urodził się po kilku latach od diagnozy Józka, oglądał ze mną te zdjęcia. Zadał mi oczywiście egzystencjalne pytanie: a gdzie jestem? a gdzie jest Ela? No właśnie...
Gdy Józek miesiąc temu powiedział: widziałem słonia! zaskoczyło mnie to, że pamięta nasz wyjazd. Wczoraj pojechaliśmy na wyprawę sentymentalną do zoo, do tego samego słonia w Gdańsku Oliwie, tylko my już trochę inni i trochę nas więcej...

11 komentarzy:

  1. Miła retrospekcja ,świetny Wasz-ówczesny spokój:)
    a Gdańsk-Wrzeszcz i poradnia dla autystow to trafny zestaw;)
    W mojej mlodości zawsze słonie na ulicach reklamowały cyrk:)
    CZy bie-bie Józio wyrwał zęba Sobie ,czy Neptunowi?
    Pozdrawiam.Małgorzata

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ząb - twardziel pojechał z nami i wrócił w tym samym stanie - lekko rozchwianym. Wrzeszcz- oczywiście zawsze krzyczymy, gdy tam wjeżdżamy! ten cyrk musiał wtedy z Twojej okolicy przyjechać, bo tylko raz widziałam słonia na rondzie, a szkoda!

      Usuń
  2. Ktoś kiedyś spytał mnie, za co tak bardzo szanuję zwierzęta (bo mam jakiegoś fioła na tym punkcie, nie przeczę). Dużo można byłoby o tym napisać, jednak najbardziej zwierzęta kocham za to, że są w stanie trafić do wnętrza człowieka nawet wtedy, gdy my sami jesteśmy już bezradni.
    Może to jakoś naukowo się nazywa - to takie duchowe (telepatyczne) połączenie między człowiekiem a zwierzęciem. Ja to nazywam po prostu Magią.

    OdpowiedzUsuń
  3. Bogusiu,prawdziwa podroz sentymentalna...tak malo Was bylo - obecnie prawdziwa duza rodzina...wówczas bie-bie a teraz cale medyczno-dinozaurowe okreslenia padaja z ust Jozeczka...Ech! CUDA, cuda!

    OdpowiedzUsuń
  4. A mnie wzruszył Jasiek. Cudowne masz dzieciaki! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam,zastanawia mnie jaką odpowiedź na swoje pytanie otrzymałby Staś od Józka?
      Jak widać Jasiek od zawsze był wspaniałym starszym bratem,jaki szlachetny gest!:)
      Bogusiu czy celowo opuściłaś środę? Tak się przyzwyczaiłam,że wpis jest dzień po dniu
      (możesz nawet wpisywać z kilkudniowym opóźnieniem,ale po kolei).
      Myślę,że Józek też zwróciłby uwagę na brak jednego "dnia"( bo takie są Nasze Dzieci bardzo dokładne.Pozdrawiam:W:

      Usuń
    2. Ty i Jarek wcale się nie zmieniliście,tylko dzieci trochę urosły:)) :W:

      Usuń
    3. Jasiek jak Samarytanin - ostatnią koszule oddał - co za gest!
      Jeśli chodzi o wczorajszy dzień to zasnęłam nad postem, wpis skończyłam dopiero dziś, ale za godzinkę dodam dzisiejszy i wszystko się wyrówna.
      Wierni czytelnicy - pozdrawiam!

      Usuń
  5. czy Ty masz tatuaż na ręku? :)

    OdpowiedzUsuń