czwartek, 9 sierpnia 2012

dzień 144.

Józek dał mi dziś lekcję uczuć w krótkiej odsłonie:
 - będę zmartwię się - poinformował mnie Józek, gdy rano prawie wygonił babcię z mieszkania i zrobił nam wszystkim karczemną awanturę, z krzykami i rzucaniem się na ziemię włącznie. Powodem była piżama, którą wciąż miał na sobie.
 - nie dałeś mi ubrań, mamo, nie zdążyłeś! - patrzył na mnie z wyrzutem.
Widać Józek też jest zdania, że lepiej gości przyjmować w ubraniu, a nie w piżamie. Awantura, która temu towarzyszyła była tylko wyrazem jego uczuć:
- przykro mi, mamo! - dobitnie zakończył moje tłumaczenia, że nic właściwie się nie stało.

Wczoraj po dwutygodniowej rehabilitacji i zmniejszeniu bólu w prawej ręce, rzuciłam się na prasowanie. To nie tak, że bardzo lubię prasowanie i nie mogłam się doczekać, kiedy już chwycę za żelazko. Po prostu sterta wygniecionych ubrań rosła. Prasowanie jak magnes przyciągało co chwila kogoś do kuchni. A to chłopcy koniecznie musieli akurat wtedy zrobić popcorn, "żeby pachniało jak w kinie". Jaś namawiał mnie na pójście do kina na najnowszego Batmana, który mimo mroczności w tytule "na pewno nie jest wcale taki mroczny...".
Staś, który przestał już przynosić przekleństwa z podwórka i śpiewać je w formie piosenek ma teraz upodobanie do ciekawych zwrotów. Rano usłyszał, że wychodzę na ćwiczenia ręki. Powiedział mi wtedy: 
 - jak sobie chcesz mamo, jak sobie chcesz.
Gdy prasowałam przyszedł mi powiedzieć, że ze względu na pogodę postanowił wyjść na podwórko dopiero zimą. Następnie zatoczył się na fotel i upadł na uprasowane rzeczy:
- nic mi się nie stało, nic się nie stało!
 - sio! - wrzasnęłam dziko.
Za chwilę przyszła do mnie Ela. Ciągnęła za sobą wieszak z sukienką, też już uprasowaną i odwieszoną w pokoju. Deptała po niej niemiłosiernie.
Józek przyszedł zapytać się, czy embriony mówią. Zanim coś odpowiedziałam, sam sobie wyjaśnił:
- jeszcze nie mówią, dopiero rozwijają się, rośnie im kark i na razie wyglądają jak Marsjanie. Na pewno nie mówią...
Mój zmęczony wzrok dobrze zinterpretował Jarek i zabrał chłopców na rowery. Chyba była to już ostatnia chwila, bo Ela ze Stasiem właśnie rozkręcali jeden z wieszaków na części. Zdołali je dobrze ukryć. Wszystkie elementy odnaleźliśmy dopiero późnym wieczorem.
W ciszy i spokoju, ze śpiącą Elą, uprasowałam wiele rzeczy, nadwyrężyłam staw i dziś odpoczywam z okładem na ręce. Powtarzam sobie, tak jak Józek:
- będę zmartwić się
 i  jeszcze:
- przykro mi. 
Muszę sobie zaleźć w domu godnego następcę i oddać mu żelazko. Nie dla mnie na razie takie wyczyny. 

7 komentarzy:

  1. Przykro mi,na powaznie przez te Twoje stawy.Ale tak na dobre to wina męża - gdyby nie zabrał chłopaków na rowery nie miałabyś szansy prasować...:)
    Oj,chyba naucz Się prasowania lewą ręką:)
    Zdrowia.Malgorzata

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dzięki za życzenia. Z taką motywacją, jaką są moje dzieci - musi być dobrze

      Usuń
  2. gdybyśmy mieszkały bliżej wpadałabym prasować charytatywnie, uwielbiam prasowanie, mogłabym cały dzień:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a ja bym się odwdzięczyła pizzą...dziś przeczytałam, że kongres Stanów Zjednoczonych uznał pizzę za warzywo - ze względu na sos pomidorowy

      Usuń
  3. U mnie jest tak samo. Jak cos robie - prasownaie, kapiel ;-) czy cos innego dla siebie to wtedy wszyscy czegos chca ode mnie ;-)

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam,Staś ma rację,że przy takiej pogodzie jaka jest obecnie nie ma co wychodzić na podwórko,ja to nawet wyszłabym dopiero za rok w jakiś piękny słoneczny dzień ;)
      Co do prasowania też polecam swoje usługi,to jest jedyna z czynności domowych,którą mogłabym robi przez cały czas,to sama przyjemność.Pozdrawiam:W:

      Usuń
    2. Wando, przyjmę każdą pomoc!

      Usuń