wtorek, 7 sierpnia 2012

dzień 142.


Z naszej sobotniej wycieczki do Pieniężna zostały nam śmieszne zdjęcia w łopianach.
Początkowo chłopcy przeszli obok olbrzymich liści obojętnie.
 - miastowe dzieci - pomyślałam - nawet nie wiedzą, jaką atrakcję ominęli!
Zerwałam sobie jeden z nich i powiedziałam, że właśnie mam najfajniejszy parasol przeciwsłoneczny. Za moimi plecami chłopcy już wybierali sobie największe liście. W wielkich kapeluszach na głowach doszli aż do Muzeum. Na Jaśka kapeluszu długą trasę odbyły dwa ślimaki. Józek nagle przestał narzekać na wszystko, w nowym nakryciu głowy poczuł się lepiej.


Przed budynkiem Muzeum trudno mu było rozstać się z łopianem, bo niedaleko - za ogrodzeniem - pasły się owce. Według Józka mogłyby przeskoczy płot, żeby tylko zjeść jego łopian.
Dosyć szybko Józek zwiedził muzeum misyjno-etnograficzne i po wyjściu szybko pobiegł do miejsca, gdzie ukrył liście przed podstępnymi owcami - kaskaderami. Wysuszone liście nie prezentowały się tak wspaniale, jak wcześniej, ale w niczym to chłopcom nie przeszkadzało. Teraz były ich osłoną przed burzą piaskową, wymyśloną przez Jaśka...


Co chwila musieli się chować pod liśćmi, bo wyobraźnia Jaśka oprócz burzy piaskowej stworzyła mnóstwo innych niebezpieczeństw na tej spokojnej drodze...

























Liście łopianu były moim naprawdę udanym pomysłem. Kolejny, z asfaltem, nie był już tak zabawny. Gorąco było bardzo, horyzont  falował, miejscami asfalt topił się. Gdy wdepnęłam w niego, na drodze pojawił się ślad mojego buta:
- ooo - zawołali chłopcy.
Każdy z nich zostawił po sobie ślad na drodze i poszliśmy dalej, szukać cienia. Tzn, tak mi się wydawało, że wszyscy szliśmy dalej. Gdy rozejrzałam się, stojąc w cieniu drzewa, zobaczyłam trochę dalej dwie człapiące sylwetki. Tak jakby idąc przyklejali się do drogi. Gdy podeszli do nas zobaczyłam buty, ręce i nogi wysmarowane asfaltem. Coś tam jeden przez drugiego próbowali wytłumaczyć, dlaczego tak wyglądają.
Józek Jaśkowi przycisnął stopę swoim butem, żeby ślad był wyraźniejszy. Uzyskali bardzo wyrażny ślad, ale na stopie Jaśka, bo Józek już wcześniej swoje buty chyba zanurzył w asfalcie.
Myślałam tylko o tym, że chłopcy muszą wyglądać na tyle dobrze, żeby bez problemu wsiąść do szynobusu. Próbowałyśmy zetrzeć z Agnieszką ślady asfaltu nawilżanymi chusteczkami, suchym papierem, a podeszwy butów - patykami. Po jakimś czasie najgorzej prezentowały się buty, na skórze zostało już mniej śladów.
Niedaleko nas stała cmentarna kaplica.
- to straszny kościół - powiedział Józek - nie ma okien.
Przyjrzałam się budynkowi, rzeczywiście ten brak okien był przygnębiający, odrapane boki także. Styl wczesny Gierek. Wyjaśniłam Józkowi, po co na cmentarzu stoi kaplica. Zainteresował się bardzo, koniecznie chciał tych zmarłych zobaczyć, już brak okien mu nie przeszkadzał. Jak zawsze ciekawość świata u Józka pokonuje wszystkie bariery.
Gdy obejrzał się do tyłu, zawołał: 
 - a ten - ten kościół jest piękny!
W oddali widać było Pieniężno, do którego tego dnia nie dotarliśmy i wyróżniający się wspaniały kościół. Nasza droga do muzeum omijała zupełnie centrum miasta. Może następnym razem...

6 komentarzy:

  1. Szkoda,że nie było Eli-miałaby pierwsze doświadczenie komandosa :)
    A Józio pomału uczy się ,jak radzi sobie harcerz:)
    Małgorzata

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. pewnie, że Eli zabrakło i Stasia, ale nie wiedziałam, jak to wszystko będzie wyglądać. Mimowolnie co chwila oglądałam się za nimi

      Usuń
  2. ale fajne przygody :-) i piekne zdjecia !!! - takie fajne dzieciece. wyobrazam sobie jednak wasze mamine zmeczenie i zdenerwowanie dodatkowymi atrakcjami wyprawy.
    mnie tak naprawde zawsze najbardziej (oprucz radosci i pozytywow wielkich wypraw wszelakich) meczy moje wlasne zdenerwowanie pt. - "co sie zdarzy za chwile" odnosnie zachowan tadeuszka, reakcji otoczenia , czy przygod niezaplanowanych jak ta z asfaltem.
    gratuluje bogatej wyprawy!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jest coraz lepiej. Józek coraz więcej rozumie: odległości, cel wyprawy, godziny - to wszystko pomaga mu pokonywać jego lęki. Rok temu, dwa lata temu wyjazd z nim autobusem na dworzec zmęczyłby mnie tak bardzo, że nawet nie wsiadłabym do pociągu. Wtedy Józek ciągle krzyczał, kręcił się w kółko, był nadwrażliwy na tyle rzeczy... Ne wsiadałam, nie jechałam...tym bardziej cieszy mnie ta wyprawa.

      Usuń
  3. jak szaleć, to szaleć :)) macie ciekawe wspomnienia i zimą będzie się z czego śmiać!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. myślę już o tym, żeby z Józkiem zrobić księgę z wakacji. Ze zdjęciami i wpisami. Nigdy czegoś takiego nie zrobiliśmy, bo i nasze wakacje były raczej ubogie w wyjazdy i zdarzenia. A jak Wasza wyprawa do Muzeum Miniatur?

      Usuń