poniedziałek, 6 sierpnia 2012

dzień 141.

Kiedy drzwi szynobusu rozsunęły się, Józek spodziewał się zobaczyć budynek Muzeum - cel naszej sobotniej podróży. Zamiast tego usłyszał, że przed nami czterokilometrowy spacer. Jego dobry humor związany z udaną wycieczką pociągiem zniknął:
- gdzie jest samochód?
- gdzie jest Muzeum?
- no chyba go nigdzie nie ma!
Niechętnie poszedł za nami, ale brak codziennego treningu w maszerowaniu szybko go zirytował:
 - mięśnie mnie bolą - nie idę dalej!
Jak powiedział, tak zrobił. Założył ręce - jedna na drugą - w międzynarodowym geście obrażenia się na cały świat i zawrócił w kierunku torów.
Powoli, ale systematycznie Józek oddalał się od nas. Gdyby nie Jaś, pewnie zawrócilibyśmy i skutecznie lub nie namawialibyśmy go na dalszy spacer. Jaś odwrócił się i zawołał: 
 - do zobaczenia w Olsztynie, Józku!
Nie wiem - jak? - co? - i dlaczego? - ale Józek szybko opuścił w dół ręce i przybiegł do nas tak szybko, jak tylko jego niewyćwiczone mięśnie mu na to pozwoliły.
Liczba kilometrów, które mieliśmy pokonać była niejasna. Osiem kilometrów albo cztery, możliwe, że tylko dwa - każdy mówił coś innego. Po telefonie do Seminarium już wiedziałam, że nie ma samochodu ani autobusu, którym przejechalibyśmy tę sporną odległość, ale na pewno są to cztery kilometry. A może nawet tylko trzy? Stwierdziłam, że damy radę. I mimo początkowych uwag i pytań Józka znaleźliśmy się na miejscu już po pół godzinie.

Pośpiech Józka w zwiedzaniu różnych atrakcji turystycznych jest już znany. Nie zrobił wyjątku dla muzeum misyjno - etnograficznego. Ledwie patrząc na gabloty przebiegał obok sal z napisem Indonezja, Afryka, Nowa Gwinea... Żmija prężąca się do skoku, olbrzymi pająk, zrzucona skóra węża...chciałam jeszcze zatrzymać się i popatrzeć, zrobić zdjęcia, ale Józek był już trzy korytarze przede mną. Igora i Jaśka zainteresowała gablota z włóczniami, dzidami, sztyletami. 
- Bronie! - podsumował Igor.
Przebiegłam obok rajskich ptaków, malowidła na preparowanym liściu figowca, skóry łuskowca jamajskiego. Józka znalazłam w sali z gongiem. Gongi i dzwony i oczywiście możliwość korzystania z nich zawsze intrygowały Józka. Kiedyś na Mszy św. z niewinną miną uciekł cioci, nagle znalazł się na ołtarzu i dorwał się do sznura z dzwonem rozpoczynającym Mszę św. Teraz też podskakiwał próbując dosięgnąć do gongu. 
Poświęciłam się i podsadziłam go.
Z wysiłku ledwo mogłam coś powiedzieć:
- Agnieszka, filmuj to - to ostatnia szansa, żebym miała pamiątkę, jak podnoszę Józka do góry!
- gong!!!
- bo nigdy więcej już tego nie zrobię, za ciężko...- wydyszałam i upuściłam Józka na ziemię.
Zadowolony Józek dał się spokojnie zaprowadzić z powrotem do mijanych wcześniej sal. Mogłam obejrzeć biustonosz z łupiny orzecha kokosowego:

 maski wyobrażające duchów przodków:

  
przyrząd do czyszczenia języka:


maski demonów:

Oprócz gongu najbardziej Józia zainteresowały chińskie litery na wielkiej tablicy:


W sali chińskiej zwróciłyśmy uwagę na gablotę, w której umieszczono maleńkie  - prawie jak dla lalki - buciki, o dwa numery mniejsze od butów mojej Eli. Powyżej nich makabryczne zdjęcie kobiecej stopy:

zdjęcie Agnieszka Ciechanowicz

zdjęcie Aga C.
Przeczytałam szczegółowy opis metod chińskich zwyczajów i dzięki temu zrozumiałam, że na podeszwie zniekształconej stopy znajdują się palce.


Jeszcze zakupy w sklepiku z pamiątkami...Józek poprosił o chińskie pałeczki i ryż. Ryż dostał dopiero w domu, razem z kotletem, który nabijał na swoje nowe pałeczki i zjadał. 
Swój nowy rekord w zwiedzaniu Józek ustanowił po naszym wejściu do kościoła misyjnego. Wstawił głowę do środka, powiedział:
 - już obejrzeliśmy! - i pobiegł jak najszybciej do wyjścia.
Dogoniłam go dopiero na drodze wyjazdowej z seminarium.
Przed nami była trasa trzech lub czterech kilometrów... 
cdn...
zdjęcie A.C.

11 komentarzy:

  1. Straszne rzeczy jak można z egoizmu tak krzywdzić dzieci- to do tych stópek, ale Jesteście dzielni z tą wycieczką :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. już myślałam, że chodzi o stópki Józka, zmęczone drogą:)))
      Oczywiście nie zmieściłam we wpisie naszej przygody z rozgrzanym asfaltem i łopianami, ale jutro też będzie ciekawie...

      Usuń
  2. Świetna sprawa z tymi wycieczkami. Józek ma bardzo kolorowe życie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dopiero się rozkręcamy, jak już zaczęliśmy, to nie możemy przestać

      Usuń
  3. Jasiu!Gratulacje za szlemowa zagrywkę pedagogiczną :)
    Bogusiu,dla Ciebie gratulacje za pobicie prywatnego rekordu w podnoszeniu ciężarów-czas dobry,bo Igrzyska,ale może już nie ponawiaj takiego wyczynu..?Małgorzata :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gratulacje również dla Józka za prędkość,bo na hasło rzucone przez Jaśka wyrwał do przodu tak,że asfalt się zmarszczył;D

      Usuń
    2. O,o! I już przygoda z rozgrzanym asfaltem opisana,ale czekamy na łopian...
      No to gratulacje Józku,start wspaniały a jaki dystans?Małgorzata :)

      Usuń
    3. hahaha asfalt jeszcze będzie, chociaż zdjęć dzieciom nie zrobiłam, zajęta ich szorowaniem... za to łopian uwieczniony został na kilku głowach

      Usuń
  4. A mnie się podoba biustonosz. Współczesne push-upy przy takim cudzie nie mają szans :)

    PS. Bandażowanie stóp to wyłącznie chiński zwyczaj, nie japoński.
    Japończycy unikają kontaktu wzrokowego, utrzymują dystans, nie pokazują palcami, nie odzywają się bez pytania (w ogóle mało ze sobą rozmawiają), przestrzegają wielu reguł i zasad, są raczej mało ekspresyjni, rzadko żartują, a ich język jest ubogi w metafory. Miejsce idealne dla autystyka ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dzięki już poprawiam - faktycznie Chiny, od razu sprawdziłam w encyklopedii

      Usuń
    2. a może ta łupina zamiast biustonosza posiada jeszcze dodatkowe olejki eteryczne ewentualnie nawilżające - same plusy!

      Usuń