sobota, 14 lipca 2012

dzień 118.

Senne popołudnie z racuchami od babci przestało być spokojne po telefonie Jarka:
 - mam kłopoty z samochodem, pojedź po Józka!
Miałam bardzo mało czasu, na szczęście babcia została z dziećmi i odbyło się bez biegu z wózkiem, Elcią  i Stasiem.
Zdążyłam, świetlica szkolna jeszcze była otwarta. Już spokojniej, bez pośpiechu, wracaliśmy razem do domu. W autobusie (gdzieżby indziej! Wszystkie nasze zabawne historie dzieją się w autobusach) Józek zachwiał się i o mało nie wpadł na nastoletnią dziewczynę siedzącą przed nami. Na widok jej miny zaczęłam chichotać i nie mogłam się uspokoić. Zgromiła nas wzrokiem.
Opanowałam chichot.
- Józio powiedz: przepraszam.
- przepra - SZAM! - krzyknął Józek.
Dostaliśmy jeszcze jedno spojrzenie pełne dezaprobaty. Rzeczywiście stanowiliśmy niecodzienny widok. W pośpiechu omyłkowo założyłam chłopięcą koszulę mojego Jaśka, w ręku trzymałam zielsko. Józio zerwał je - z korzeniami - dla mnie. Powiedział, że to kwiaty. Dowiozłam je do domu i wstawiłam do wody.

W dodatku te nasze rozmowy, które osobę nieprzyzwyczajoną mogą porządnie zaskoczyć:
- Ty masz dwadzieścia lat, mamo!
- nie, mam trzydzieści dziewięć lat.
- a jak będziesz mieć 47 lat, to czy będziesz miała zawał serca i ostry ból w klatce piersiowej? - popatrzył na mnie z zaciekawieniem. 
- serce mam zdrowe, myślę, że będzie z nim wszystko w porządku.
- mamo, nie byłaś homo habilis?
Od anatomii nagle przenieśliśmy się w czasy prehistoryczne. Dla Józka to nie stanowi problemu, obie dziedziny stanowią jego wielkie pasje i jego myśli wciąż krążą wokół tych tematów. Potrzebowałam chwili na zastanowienie, ale Józek był szybszy:
 - już wiem, ty byłaś małym ssakiem w epoce kredy.
Patrząc na zdolności adaptacyjne ssaków i ich zdolności do przetrwania to nie jest takie złe porównanie... 
Józek tego dnia był filmowany razem z innymi dziećmi w świetlicy szkolnej, na jesieni w telewizji zostanie pokazany o nich program. Józek jak zwykle był sobą przed kamerą: naturalny, swobodny, lekko zaciekawiony mikrofonem. Zazdroszczę mu tej naturalności. Ale też widzę, że przebywając z nim nabieram pewnych jego cech. Kiedyś nie wyszłabym w koszuli ze zbyt krótkimi rękawami, a nie  dodające mi uroku zielsko schowałabym głęboko. Teraz zachwycona gestem - "kwiaty dla mamy!" - niosłam je przed sobą - jak bukiet.

6 komentarzy:

  1. Józio jak światowej klasy chirurg plastyczny,odmłodził w mig:)Jako,że wykonał to za darmo i z miłością,więc nie stawiaj oporu co do wieku,Bogusiu;D:D:D Agnieszka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dla Józka dwadzieścia lat w jedną stronę, dwadzieścia w drugą - nie stanowi różnicy. Liczą się tylko epoki ciągnące się przez setki, tysiące i miliony lat...

      Usuń
    2. Witam,dostałaś najpiękniejszy bukiet KWIATY DLA MAMY.Tak naprawdę to chyba rumianki,
      Józek wiedział co daje!!! Zastanawia mnie te 47 lat. Dlaczego według Józka jest to najbardziej odpowiedni wiek na zawał?? Pozdrawiam:W:

      Usuń
    3. mnie też to zastanawia. Mówił z taką pewnością...podejrzewam, że chodzi o grę "tajemnice ludzkiego ciała", w którą lubi grać. Leczy się w niej różnych chorych ludzi, pewnie jakiegoś 47-latka z zawałem serca...

      Usuń
  2. ja mam jeden wazon (opakowanie po jakimś leku) w pokoju, a drugi w łazience. Syn nieustannie przynosi do domu kończynę, żeby było ładnie:):) Te kwiato badylka urocze:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. czyli "kwiaty dla mamy" u Ciebie mają nawet specjalne wazony -super!

      Usuń