wtorek, 5 czerwca 2012

dzień 79.

P...r...z...e...p...r...a...s...z...a...m dziś rano pisał Józek na kartce dla swojego kolegi. Właściwie nie pytał się już o "rz" i "sz", coraz lepiej zna ortografię.
- ...to nie Twoja wina...
- ...źle zrobiłem...
Obok przyklejamy nieodłączne serce, wycięte przez Józka. Do serca dokładamy baton. Józio za swoje zachowanie musi dziś podzielić się swoim cennym batonem. Cennym, bo codziennie wkładanym do plecaka jako drugie śniadanie, obok bułki z serem i soku pomarańczowego. Trudne to będzie dla Józka i nie wiem, czy na pewno tego batona w końcu wypuści ze swoich rąk. Łatwiej jest napisać kartkę z przeprosinami lub kupić słodycze dla kolegi. Ale o to przecież chodzi, żeby i Józek trochę odczuł, że narozrabiał.
Co się wydarzyło? Józio odreagował trudną sytuację, ktoś mu w szkole dokucza, oddał komuś innemu, słabszemu i tak fajnemu, że aż się wzdrygnęłam, gdy o tym usłyszałam. Szkoda. Silniejszego i sprawiającego problemy kolegi Józek nie ruszył.
Ludzkie? Nie, Józio powiedział później:
-  zachowałem się jak dinozaur.
Dobrze, że mamy jeszcze papierowe serce ze spowiedzi, od razu Józio wrzucił zgnieciony papier do środka. Świetny sposób dla naszych dzieci, pokazujący, co zaśmieca serce!(piszę o sprawach duchowych, bo na cholesterolu lepiej zna się Józek).
Przejęłam się bardzo tym wszystkim, od razu chciałam jechać do szkoły Józka, chociaż najmniej tam byłam potrzebna. Ot, typowa mama.
Pewnie dodatkowo swoim zdenerwowaniem spięłabym Józka. Tak jak to zrobiłam w ubiegłą niedzielę. Poszłam z Józkiem na mszę dziecięcą, na którą zawsze chodził z Jarkiem. Tata zawsze pozwala mu stać obok dzieci przy samym ołtarzu.
- o nie - nigdy - pomyślałam - będzie siedział obok mnie!
To właśnie w tym momencie wkradł się w moje myślenie strach. A może się mylę i ten strach już dawno tam siedział?
Józio nie przejął się moimi lękami i po prostu podszedł do innych.
Nagle na tle innych dzieci wydał mi się taki "kręcący się". Nie wytrzymałam i przesiadłam się jak najbliżej Józka. I zaczęło się. Co chwila zrywałam się, żeby coś u Józka poprawić. A to widać mu było całe plecy, bo schylił się do przodu. Już byłam obok. Józio zakręcił się trzy razy w kółko, czwarty raz nie zdążył, bo go przytrzymałam. Poprawiłam jego sposób klękania. Gdy zaczął sprawdzać, czy któryś ząb się rusza, poderwałam się do góry. Sam przestał, więc usiadłam. Palec w kierunku nosa, ja znów w panice wstaję, palec w dół - usiadłam.
Ksiądz w tym czasie sprawdzał, ile dzieci zapamiętały z czytania Ewangelii. Padło pytanie: gdzie pan Jezus spotkał się z innymi? Ale z kim? pomyślałam. Nic nie pamiętałam, nic nie słyszałam.
Józkowi udzieliło się moje napięcie, bo zaczął bawić się swoją bluzą i nagle popsuł w niej zamek. To był dopiero początek różnych zdarzeń. Gdy zdjęłam bluzę, zobaczyłam pod spodem koszulkę nałożoną odwrotnie. Zmienić teraz przy wszystkich? Zostawić tak, jak jest?
Podszedł do nas szafarz z tacą. Józek podbiegł w jego stronę, poślizgnął się, upadając podciął szafarzowi nogi. Dorosły jakoś się utrzymał, ale taca z brzękiem wylądowała na podłodze.
- nic się nie stało - powiedział szafarz
- nic się nie stało, nie było krew z nosa - potwierdził Józek.
Nadszedł czas Komunii. Józek po kilku moich poprawkach jak ma stać i klęczeć, nagle nie mógł przełknąć Eucharystii. Policzki nadymały mu się coraz bardziej. Pociągnęłam go jak najszybciej do zakrystii:
 - wody! - krzyknęłam.
Przełknął dzięki wodzie.
- prawie były wymioty, mamo!
Tak to sobie właśnie wyobraziłam.
Gdy opowiadałam to wszystko Jarkowi już w domu, pękał ze śmiechu.
- ja siadam cztery ławki za nim i nie zwracam uwagi. Józio na ołtarz nie wchodzi, a reszta jest ok!
Józek w czasie mojego opowiadania poszedł na podwórko, wlazł na drzewo i odciął się ode mnie na resztę popołudnia.
Nie dziwię mu się.
Myślałam, że już reaguję z większym luzem na zachowania Józka, a tu niespodzianka.  
Wszystko działo się w mojej głowie, ten strach przed tym, jak mnie ludzie ocenią. Właściwie sama dużo materiału im dostarczyłam...Podrywając się i siadając co chwila. W pierwszej ławce.
Ostatnio znajoma w naszym kościele rozmawiała z siostrą zakonną, która uważa, że jeśli komuś przeszkadzają kręcące się dzieci podczas Mszy św. to niech wybierze inną godzinę. Jako przykład podała naszego Józka! Doceniła to, że zawsze jest i zawsze się stara dobrze zachowywać.
- Józek Budny? - odpowiedziała moja koleżanka - wiem, znam!

4 komentarze:

  1. Witam,z Wojtkiem też tak miałam,cały czas w napięciu,cały czas pilnowanie,poprawianie,
    aż pewnego razu stwierdziłam - dosyć Wojtek jest taki jaki jest i zacznij przyjmować to spokojniej.
    Teraz też zdarza mi się być zdenerwowaną,to On mnie uspakaja mówiąc"spokojnie mamo,nie denerwuj się".
    Pani Bogusiu trochę więcej luzu,robić tak jak pan Jarek. To my matki staramy się żeby nasze dzieci wypadły jak najlepiej,żeby były grzeczniutkie i posłuszne.Dzieci są w porządku.
    Zaczęłam przyglądać się innym dzieciom i stwierdziłam,że Wojtek wcale nie jest bardziej "wiercący" się od nich.Myślę,że z Józkiem jest podobnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wrzucić na luz! hasło na następną niedzielę!

      Usuń
  2. Witam serdecznie pani Bogusiu! Trafiłam przypadkiem na Pani blog i teraz systematycznie czytam od samego początku, dzień po dniu! Jeśli to w jakikolwiek sposób Panią pocieszy to matki dzieci nieautystycznych też tak mają :) I zawsze znajdzie się ktoś komu dziecko będzie przeszkadzać i swoje trzy grosze wtrąci. Muszę przyznać, że ten wpis wywołał dużo uśmiechu na mojej twarzy. Świetnie się blog o Józiu czyta, pozwala nie tylko lepiej zrozumieć autystów ale też ich polubić :)
    Pozdrawiam serdecznie!
    Marta i Oluś

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. witam nowych czytelników - cieszę się bardzo i zapraszam dalej do czytania! zgadzam się z tym, że autystów nie da się nie lubić, gdy już się zrozumie ich zachowania

      Usuń