czwartek, 10 maja 2012

dzień 53.

Wczoraj nadmieniłam tylko o spotkanym lekarzu - chirurgu, który próbował wyprosić mnie z gabinetu razem z Józkiem, dziś opowiem dlaczego znaleźliśmy się wtedy w szpitalu.
Wszystko zaczęło się od wyprawy na duży plac zabaw. Józio miał wtedy niecałe cztery lata. Z placów zabaw najbardziej lubił ten moment, kiedy z nich się ucieka i to bardzo szybko. Tego dnia celowo zawieźliśmy go na rozległy plac zabaw, na którym mógł długo biec, z dala od samochodów i ulic. Wiele alejek otaczało to miejsce, w sam raz dla naszego rowerzysty, jeżdżącego wtedy na czterokołowym rowerku, z doczepianymi kółkami i obowiązkowym kaskiem rowerowym na głowie. Gdy schodził z roweru kasku nie zdejmował, dobrze w nim się czuł na zjeżdżalniach i huśtawkach. Wszędzie był, wszystko oglądał, ale tylko po kilka sekund, potem biegł dalej.
Zainteresował się drewnianym mostkiem. Wspiął się na niego, tak jak zawsze świetnie sobie radząc z wysokościami.
Dłuższą chwilę stał na mostku, na wysokości mojej głowy i wpatrywał się w coś, czego ja nie widziałam. Czytałam, że czasem autyści widzą migoczące gwiazdki albo połyskujące niektóre kwadraty w chodniku. Nie wiem, co Józio wtedy zobaczył, ale nagle spadł w dół. Chociaż stałam pod mostkiem nie udało mi się go złapać.
Leżał i płakał, a to już było zastanawiające. Józio często uderzał w różne przedmioty przechodząc obok nich, przewracał się na prostej drodze i nic go nigdy nie bolało.
A wtedy płakał. Pokazałam mu sok pomarańczowy, ale nie wyciągnął do niego ręki. Już wiedziałam, że ręka jest złamana. Usztywniłam ją tak, jak mogłam i pojechaliśmy do szpitala. Tam właśnie spotkałam lekarza, który spytał się mnie, czy mam rentgena w oczach, skoro wyrokuję złamanie ręki. Wiedziałam, że Józio zawsze był odporny na ból w sposób niezrozumiały dla innych, ale nie na każdy ból. I dlatego dostałam skierowanie na rentgen. W pracowni Jarek położył się na brzuchu Józka, ja na nogach i tylko w ten sposób udało się zrobić zdjęcie Józkowi, który wierzgał i krzyczał. Józio miał złamaną rękę w dwóch miejscach. Założenie mu gipsu wymagało interwencji ratowników medycznych. Lekarz przy wyjściu pochwalił się, że widział niedawno dorosłego autystę, ale im starsi, tym jest jeszcze gorzej...
Gips był nie do zniesienia dla Józka, więc rozwalił go mocnym uderzeniem o ścianę po kliku dniach.
Jarka przy tym nie było, wezwałam na ratunek koleżankę, razem z jej mężem pojechaliśmy do szpitala. Znów potrzebny był rentgen.Tym razem Wojtek położył się na nogi Józka, ja na brzuch. Pani od rentgena zapytała retorycznie: 
- czy zawsze mnie to musi spotykać? 
Standardowo do założenia gipsu wezwano ratownika medycznego.
Mieliśmy wyznaczone kontrole, przyjeżdżałam i stawałam w kolejce w upalne dni. Józek stał razem ze mną w obowiązkowej kurteczce, miał wtedy trudności z akceptowaniem zmiany ubrań zimowych na letnie. Krzyczał tak głośno, że ludzie w kolejce, chociaż sami w gipsach i szynach, chcieli nam jakoś pomóc:
- a może mu za gorąco?
- a może mnie Państwo przepuszczą?
Jeszcze raz udało się Józkowi rozkruszyć i wydłubać trochę gipsu, ale już po prostu doklejono go.
Dopiero po zdjęciu gipsu wzięłam do ręki kask rowerowy Józka, który leżał nie używany od wypadku. Był pęknięty.

4 komentarze:

  1. Wow, ale historia. Aż mnie dreszcz przeszedł przy ostatnim zdaniu. Jak dobrze, że tylko tak się to skończyło, jak dobrze, że Józek nie zdjął kasku. Jak dobrze, że już po wszystkim.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. historia sprzed kilku lat, tak mi się wczoraj przypomniała przy pisaniu o reakcjach ludzi. Ale zawsze budzi we mnie dreszcze

      Usuń
  2. brr - biedny jozek i biedni wy - historia naprawde jak z dreszczowca - dobrze , ze wszystko sie dobrze skonczylo - tadeusz jeszcze na szczescie niczego nie zlamal - na razie mamy za soba 7 pobytow w szpitalu w zwiazku z wstrzasem mozgu - utrzymac delikwenta w lozku jest niemozliwoscia , wiec wyobrazam sobie jak to z gipsem musialo byc

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 7 pobytów w szpitalu? jak Wy daliście radę?!?
      raz byliśmy na kilkudniowym pobycie na oddziale neurologicznym w celu diagnozy, Józek stał pod drzwiami wyjściowymi trzymając za klamkę przez kilkanaście godzin dziennie, w końcu gdy nie udało mu się wyjść, zapadł w taką dziwną bezwładność i apatię. Wypisałam się na własne życzenie.

      Usuń