sobota, 14 kwietnia 2012

dzień 27.

Wybieramy się dziś do znajomych. Józio już przygotowany, spakował ze sobą wszystkie płyty z BBC. Nadal zafascynowany jest "Wędrówkami z potworami", wczoraj narysował trzy nowe rysunki. Oprócz niego nikt nie będzie chciał tych płyt oglądać, nawet my z Jaśkiem wczoraj przy pająkach - olbrzymach solidarnie wyszliśmy z pokoju.  A Józek dalej malował, nie emocjonując się ich owłosionymi odnóżami. Podobnie było przy oglądaniu w święta filmu "Marsz dinozaurów". Oglądaliśmy go dla Józka i z Józkiem, ale już po chwili naprawdę wciągnęliśmy się w historię małego dinozaura, który odłączył się od stada. Przeżywaliśmy to, czy uda mu się odnaleźć rodziców. Na szczęście film dobrze się skończył, ale tu właśnie przy napisach końcowych włączył się Józek: 
- to nie koniec - wołał - jeszcze będzie: wyginęły dinozaury!

Idąc do naszych znajomych miniemy blok, który ocieplano trzy lata temu. Raczej nie pamiętam historii ociepleń nieznanych mi bloków, ale w tym przypadku znam nawet rodzaj rusztowań, których wtedy użyto.

Józek miał wtedy pięć lat, zaledwie kilka miesięcy wcześniej uciekł do myjni, a wrócił z policją. Teraz zadowolony biegał z innymi zaproszonymi dziećmi do domu i na podwórko, wiele razy tam i z powrotem. Ja oczywiście za nim, z dwumiesięcznym Stasiem na ręku. Nagle rozejrzałam się i pomyślałam, że przesadzam. To było spokojne podwórko. Nic złego tu się nie zdarzy. Zdecydowałam się patrzeć na Józka z okna parterowego mieszkania. Zdążyłam tylko usiąść przy oknie, a Józka na podwórku już nie było. Staśka szybko przekazałam przyjaciołom, wkładałam już buty, gdy wpadł nagle Jaś:
 - Józek wchodzi na rusztowanie!
Pobiegłam za róg bloku, za mną koleżanka. Zatrzymałyśmy się jak wryte. Ocieplany był szczyt sąsiedniego budynku, na dole stała nieschowana - mimo ukończonej pracy - drabina. Józek właśnie wchodził na drugie piętro rusztowań. Był w połowie drogi do dachu.
Wdrapałam się za nim i zdążyłam go złapać za nogę, gdy stał już na drabinie prowadzącej na trzecie piętro. Stałam i zastanawiałam się, co się stało z moim lękiem wysokości. W domu wystarczyło, że weszłam na taboret kuchenny i już kręciło mi się w głowie. Kiedyś próbowałam popatrzeć z chłopcami na morze z latarni morskiej, ale nie udało mi się oderwać od ściany. A tu wspięłam się po ażurowej drabinie, przebiegłam po rurze stalowej do następnej drabiny i wisiałam teraz na niej.
Na drabinie było ciasno. Józek wyrywał się do góry, a ja nie mogłam stanąć obok niego, żeby go ściągnąć w dół. Jedyne, co mogłyśmy zrobić, to namówić go na zejście. Z dołu moja koleżanka, głosem szefa brygady antyterrorystycznej, wołała: 
- Józio, a może pójdziemy zobaczyć, czy tata już przyjechał?
Józek nie zareagował. Ja ściskałam z całych sił jego stopy.
- Józek, ja już słyszę samochód taty, chodź tu na dół.
Zobaczyłam, jak Józio podnosi głowę i tęsknie patrzy w górę -  na dach. Jeszcze mocniej go ścisnęłam.
- Józio - auto!
Ostrożnie i niechętnie zszedł z drabiny. Gdy stanął już na stalowej rurze chwyciłam go i nie wypuściłam, aż zeszliśmy na dół.
Razem z koleżanką na trzęsących się nogach wróciłyśmy do domu.


5 komentarzy:

  1. Witam,aż skóra cierpnie i włos się jeży,gdzie też te nasze dzieci mogą wleźć. Wspinają się na szafy,wysoko na drzewa,bez lęku zjeżdżają na "tyrolce" nad rzeką.W parku linowym bez strachu
    pokonują najtrudniejsze przeszkody.
    Czy ten brak lęku związany jest z brakiem przewidywania zagrożeń?
    Tam gdzie my mamy obawy,boimy się,oni tego nie czują,natomiast potrafią lękać się czegoś,co nam wydaje się nieistotne.

    OdpowiedzUsuń
  2. Niekoniecznie tak jest. Strach lub jego brak zależy także od problemów z integracją sensoryczną. Mój syn np. bardzo boi się wysokości, zeskoczenie z jednego schodka jest dla niego problemem, do niedawna siadał wyłącznie na niskim stołeczku bo bał się usiąść na zwykłym krześle. Ten strach mu pozostał i w mniejszym lub większym nasileniu utrudnia życie.
    A co do przewidywania zagrożeń? Mieliśmy jakoś czas temu okres pytań o katastrofy. A co będzie, jak pęknie opona, jak będzie wypadek, jak popsuje się elektrownia...

    OdpowiedzUsuń
  3. Gdy dzielicie się w komentarzach historiami Waszych dzieci, to mam wrażenie, że świetnie uzupełniacie wtedy mój tekst.

    OdpowiedzUsuń
  4. Dobrze pamietam czasy, kiedy biegalam za moim, pedzacym z szybkoscia rakiety maluchem, ktory nie dostrzegal zadnego niebezpieczenstwa. Za to teraz moj 10-latek boi sie tylu rzeczy. Na lekcji plywania boi sie wskoczyc do wody, mimo to, ze juz nieraz sie udalo. Boi sie na kilka minut zostac sam w mieszkaniu. Boi sie, ze nie zostanie odebrany ze szkolnego autobusu albo z poczekalni, po skonczonej terapii i jeszcze wielu innych rzeczy, lacznie z wizyta u fryzjera. Chociaz moze w tym przypadku akurat bardziej chodzi o to, ze jakas obca osoba ma go dotykac przynajmniej przez kilkanascie minut.

    OdpowiedzUsuń