poniedziałek, 26 marca 2012

dzień 8.


Niedzielę rozpoczęliśmy czytając łacińskie nazwy dinozaurów. Czy ktoś może mi wytłumaczyć, dlaczego nasze dzieci to lubią?
- coelurosauravus
- moschoops
- protorosaurus
- scutosaurus
- dimetrodon
już przy pierwszym jąkam się czytając, ale nie przerywam, bo Józkowi bardzo się to podoba. A ja darzę te stworzenia wyjątkowym sentymentem. Pojawiły się kilka lat temu w naszym domu jako pierwsza fascynacja Józka. Każda nowa figurka dinozaura bardzo go cieszyła. Od razu dostawiana była do długiego szeregu ciągnącego się od kuchni do pokoju. Oddzielnie stały drapieżniki, zawsze w dużej odległości od nich triceratops, ulubieniec Józka. Dinozaury ułatwiały nam życie: gdy nie chciał się kąpać, dinozaury już czekały dookoła wanny, ustawione w kolejce do wodopoju. A czasem utrudniały, bo do szkoły i na spacery Józek zabierał ze sobą plecak pełen figurek, a któraś zawsze zaginęła. Józek wysypywał po powrocie do domu 40 figurek i po jednym krótkim spojrzeniu widział, której brakuje. My takiej zdolności nie mieliśmy, wiec rozpoczynało się dochodzenie
- czy zgubił się quetzalcoatl?
- czy parazaurolof?
- a może stegozaur?
 Szybko nauczyliśmy się płynnie wszystkich nazw z kolekcji Józka (oprócz łacińskich, te dopiero teraz wydają się mu atrakcyjne). Józio mówił wtedy tylko sylabami, ale znał nazwy, więc po wymienieniu kilkunastu dinozaurów wiedzieliśmy, który zaginął i można było zacząć drugi etap: poszukiwania. Albo po prostu wyjąć z szuflady zapasową figurkę. 

Znajomi, których wcześniej jakby nie dostrzegał, też cieszyli się tym nowym Józkiem. Ktoś przyniósł piżamę z dino, a ktoś całą swoją kolekcję. Widok rozradowanego Józka był bezcenny. Wyraźnie rzadziej był markotny, mniej zamykał się w sobie, patrząc w jeden punkt. Potem era dinozaurów skończyła się w naszym domu, a zaczęły się inne zbiory i kolekcje. Ale zawsze pozostaną bliskie nam wszystkim.
 
Pierwszy tydzień pisania blogu mam za sobą. To tylko tydzień, a ile już zmian. Po pierwsze sprawdza się w moim przypadku to, że pisanie ma wartość terapeutyczną. Naprawdę. Wasze komentarze w mailach i na blogu bardzo mnie wspierają. Dziękuję.
Statystycznie od tygodnia ponad 1500 wejść na stronę, oprócz Polski są osoby ze Stanów Zjednoczonych, z Holandii, z Ukrainy oraz z Malezji. Malezja jest dla mnie tak egzotyczną nazwą, że myślałam, że wejście na bloga było przypadkiem. Pomyliłam się, okazało się, że odwiedza moją stronę dziewczyna pochodząca z Polski, mama też Józka. Józio z Malezji choruje na rzadką chorobą: zespół Bardet-Biedl. Jest to zespół wrodzonych wad genetycznych.
Na swoim blogu mama Józia zwraca się z prośbą:
"Proszę, jeśli ktoś coś słyszał na temat tej choroby albo zna polską rodzinę, która ma dziecko z zespołem Bardet-Biedl, proszę bardzo o informacje. Jest to bardzo rzadki syndrom, a marzy mi się nawiązanie kontaktu z polską rodziną, z którą bym mogła dzielić smutki, obawy i nadzieje..."
Przekazuję ten apel, bo wiem, jak dla mnie ważna jest rozmowa z rodzicami dzieci z autyzmem. Nawet jeśli dotyczy dinozaurów.

3 komentarze:

  1. Dziekuje bardzo....jestem bardzo wdzieczna za ta notke o moim Joziu:) Goraco pozdrawiam i z niecierpliwoscia czekam na nastepny Twoj post:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam,fascynacją Wojtka w wieku 7-9 lat były komputery.
      Chodziliśmy do komisu komputerowego skąd przynosił całą masę różnych części.Cały pokój był zastawiony starymi obudowami komputerowymi.Kupił sobie książkę " jak samemu naprawić komputer" i jej na podstawie, z tych wszystkich części złożył komputer który nawet działał. Jak był jeszcze młodszy bardzo interesowały Go różnego rodzaju rury, chodziłam z nim do Praktikera(jest to sklep do którego do tej pory najchętniej chodzi)skąd wracaliśmy obładowani armaturą łazienkową. W domu wszystko to skręcał, była to najlepsza zabawka. W Praktikerze Wojtek traci poczucie czasu, tak jak gdzie indziej bardzo śpieszy się do domu, tak tam mógłby przebywać całe dnie,szczególnie na dziale
      z zaworami, rurami itp. Teraz interesuje Go elektronika,
      w szafkach i szufladach pełno różnych oporników,diod
      i kabelków. Każde z tych zainteresowań pochłaniało Go zupełnie, gdy coś robił bardzo się złościł kiedy mu ktoś "przeszkadzał",nie można o nic się pytać, przebywać w tym samym miejscu. No tyle o Wojtku,trochę się rozpisałam, pozdrowienia dla Józka.

      Usuń
  2. A mój mąż czasami się martwi, że mi tematów do pisania przez rok zabraknie. Po pierwsze z Józkiem to niemożliwe, a po drugie czytam komentarz o Wojtku i myślę to jest następna historia do opisania, to jest motto do następnego posta. Cieszę się pozdrawiam i czekam na następne wpisy

    OdpowiedzUsuń